NANNA
Po długich ceregielach pozwoliłam mu ulżyć sobie jeden razik, przyobiecawszy na następną noc, że naużywa się, ile będzie chciał.
Ale oto i mrok począł szarzeć; nim słońce wstało, zbudziłam śpiocha: „Czas zająć się sprowadzeniem dzianeta; posilimy się nieco i zaraz ruszymy na miasto”.
Wstał posłusznie, ubrał się i pobiegł do owego koniuszego. Stanął przed nim dziarski i rozradowany ze słowami: „Oto jestem!”.
Ale koniuszy, zrobiwszy kwaśną minę, namyślał się długo, drapał się po głowie i choć wyraźnie obietnicy nie cofał, ze spełnieniem jej jednak się nie kwapił.
„Na Boga — krzyknął mój zalotnik — chyba śmierci mojej chcecie!”
Na to koniuszy: „Uchowaj mnie Boże, nie pragnę waszej zguby, ale wiedzcie, że jego przewielebność kocha się w swym rumaku, a ja wiem, co potrafi z koniem zrobić kurtyzana; taka samego Pana Boga nie uszanuje, co tu dopiero mówić o koniu! Znarowi mi dzianeta, odparzy i odeśle ochwaconego206, a ja później będę za wszystko odpowiadał. To wy raczej nastajecie na moją zgubę, nie ja na waszą!”.
Lecz mój amant tak go zaklinał, molestował i błagał, iż srogi koniuszy wreszcie zmiękł i powiedział: „Nie chcę cofać danego słowa; niechże się stanie wedle waszej woli”.
Uszczęśliwiony amator kawalkad wydał stosowne rozkazy, a do mnie pchnął zaraz z radosną nowiną pokojowca, który opowiedział mi całą rozmowę, pękając przy tym ze śmiechu!