— Tak jest — powiada.
— Nieprawdaż, chcieliby, żebyś był jak najszczęśliwszy?
— Zapewne; jakżeby nie?
— A wydaje ci się, że to szczęśliwy człowiek, taki, co służy i któremu by nie było wolno robić nic z tego, czego by pragnął?
— Na Zeusa, mnie się tak nie wydaje — powiada.
— Nieprawdaż, jeżeli cię kocha ojciec i matka i pragną twojego szczęścia, to jasna rzecz, że starają się o to wszelkimi sposobami, żebyś był szczęśliwy.
— No, jakżeby nie — powiada.
— Zatem pozwalają ci robić, co chcesz, za nic na ciebie nie krzyczą ani nie bronią ci robić, co by ci się tylko podobało?
— Ach na Zeusa, Sokratesie, oni mi przecież zabraniają bardzo wielu rzeczy.
— Jak mówisz? — powiedziałem. — Chcą, żebyś był szczęśliwy i zabraniają ci robić to, czego byś chciał?! No, tak mi powiedz: gdybyś zapragnął jechać na którymś z wozów ojca, wziąwszy lejce do ręki, podczas wyścigów — to nie pozwoliliby ci, tylko by ci bronili?