Nawet sam Kościół zgadza się na pewne kompromisy. Z konkordatu świeżo zawartego z Polską wynika, że sakrament ślubu nie wymaga więcej od żony formułki posłuszeństwa. Ten kompromis Kościoła z duchem czasu nie jest wyjątkowym ustępstwem. Kościół zależnie od warunków danego kraju robi rozmaite ustępstwa, potrafi więc wyczuć tętno czasu. Ta właśnie cecha pozwala mu istnieć bez zbytniego starzenia się i świadczy o jego żywotności. Nie jest nieprawdopodobne, że Kościół, licząc się z życiem i stosunkami, ułatwi i zalegalizuje w przyszłości rozwód w jakiejkolwiek formie.

Niedawno dziekan katedry Saint Pauls w Londynie w przemowie, która odbiła się szerokim echem, dał wyraz pewnym dążnościom w Kościele anglikańskim, które mają na celu umożliwienie rozwodu. Wysoki dostojnik Kościoła anglikańskiego pragnąłby wprowadzić w życie dwa rodzaje ślubów: ślub zawarty w kościele i ślub zawarty tylko przed władzami cywilnymi. Kościół uznałby ten ostatni i nie zabraniałby rozwodów w ślubach tego rodzaju. Co do ślubów kościelnych, umożliwiony byłby rozwód w wypadkach wyjątkowych, po przeprowadzeniu dochodzenia przez trybunał dla tego celu ustanowiony.

W Ameryce dużo mówi się i pisze o „małżeństwie na próbę” i o „małżeństwie koleżeńskim”. Małżeństwo koleżeńskie (Kameradschaftsehe) jest to kompromis między stosunkiem wolnym a małżeństwem (B. Lindsey and W. Evans, Accompanate Marriage). Autorzy tej książki, która wywarła bardzo silne wrażenie w Ameryce, są to dwaj sędziowie, którzy zawodowo zajmują się sprawami małżeńskimi i występkami u młodzieży. Na podstawie swoich licznych doświadczeń sądowych żądają bezwzględnego ułatwienia rozwodu dla młodych małżeństw, o ile są bezdzietne. W tego rodzaju rozwodach odpadłyby wszelkie zobowiązania finansowe, w rodzaju alimentów. W tych związkach środki antyporodowe nie byłyby uważane za antyspołeczne, a w pewnych wypadkach i przerwanie ciąży byłoby dozwolone.

„Małżeństwo koleżeńskie” nie jest niczym innym jak zalegalizowaniem wolnych związków erotycznych, bez żadnych zobowiązań na przyszłość.

Jeżeli w purytańskiej64 Ameryce pewne sfery żądają tego rodzaju reformy, to oznacza to, że w życiu — legalnie lub nie — rzeczy tak się dzieją (vide65 powieść Sinclara Petrol i B. Lindsey and W. Evans The Revolt of Modern Youth).

Wspomniane dążności ku ułatwieniu rozwodów są postulatem zalegalizowania stosunków istotnie panujących w życiu. Prawodawca nie może zamykać oczu przed koniecznościami życiowymi i nie spostrzec zjawiska stale wzrastającej liczby rozwodów. Kościół może ubolewać nad objawem rozpadania się małżeństw złączonych sakramentem, ale nie może przejść do porządku dziennego nad faktem, że w rzeczywistości wymogi życiowe potrafiły utorować drogę tysiącom sposobów i forteli dla obejścia praw i zakazów rozwodowych. Zmuszeni ostatecznościami, ludzie nawet o wysokim poziomie etycznym uciekają się do kłamstw dla uzyskania rozłąki legalnej.

Gdzież leży przyczyna tego zastraszającego mnożenia się rozwodów, i to właśnie w małżeństwach zawartych bez żadnego przymusu, czy to rodziny, czy tradycji?

Harmonia małżeńska w dawnych czasach polegała w znacznej części na wyższości duchowej męża, co sprawiało, że był panem i rozkazodawcą żony. Jego wola działa się w domu, a żona, by nie tracić łask męża, spełniała ją bez szemrania. Harmonia patriarchalnego małżeństwa opiera się na niższości duchowej kobiet.

Od owych czasów zaszły znaczne zmiany. Kobieta w swoim rozwoju osiągnęła wyższy poziom, ale poziom mężczyzny pozostał ten sam. Zdaje się, że mąż stracił nawet cośkolwiek ze swej męskości. Dystans umysłowy między mężem a żoną się zmniejszył — a dystans ten był nieodzownym czynnikiem harmonii małżeńskiej w starym pojęciu.

Bywa harmonia pojęta współcześnie, która jest o wiele trudniejsza do osiągnięcia — bo polega na idealnym doborze, na zjawisku w życiu rzadko spotykanym, na wyczuciu i zrozumieniu się dwojga osób — do której dużo dobrej woli potrzeba.