Prz 31, 10; 31, 12
Przy zawieraniu małżeństw znana jest dążność niekoligacenia się z rodziną o niższym poziomie społecznym. Kto zaś wchodzi w związek z rodziną w warstwie wyższej społecznie i podnosi przez to swój poziom, uchodzi za ulubieńca losów. Zjawisko to jest nieświadomym wyrazem owej dążności w człowieku ku wyższym formom życiowym.
Nie ulega wątpliwości, że zawieranie małżeństw jedynie według tego punktu widzenia, tj. na podstawie heraldyków rodzinnych lub innych tytułów drabiny społecznej, prowadzi czasami do sytuacji absurdalnych. Kto wie jednak, co leży u podstawy tej konwencji, lub kto posiada wyczucie tych rzeczy, z pewnością nie pomyli się w swym wyborze, nawet gdy hołduje niewolniczo tradycjom rodzinnym.
Kto ma dość trafny instynkt, nie pomyli się też, gdy zejdzie o kilka stopni drabiny społecznej. Kto zaś tego instynktu nie posiada, najlepiej chyba zrobi, gdy wybierze żonę według tradycji rodzinnej.
Faktem jest, że w tej odwiecznej konwencji wyraża się dążność człowieka ku wyższym formom, a jeszcze więcej obawa zejścia z raz osiągniętego szczebla. Jest też widoczne, że człowiek uważa małżeństwo za jeden ze środków wspinania się wzwyż. A jeśli życie jednostki ma istotnie jakiś sens lub cel, to chyba ten, by wyrażało się w coraz doskonalszych formach...
Przy całym pesymizmie wobec kultury i wobec nieprzejednanej walki o byt nie można zaprzeczyć, że człowiek współczesny posługuje się formami, które stoją o całe niebo wyżej od tych, którymi posługiwał się na najniższym szczeblu cywilizacji. Bo też rozwój człowieka polega na osiąganiu coraz lepszych form.
Najistotniejsze potrzeby ludzkie dają się sprowadzić do trzech mniej więcej popędów: do głodu, popędu płciowego i potrzeby ruchu. Pod tym względem istoty żyjące nie różnią się od najwyższych do najniższych. Różnica między człowiekiem a zwierzęciem polega na formie, w jakiej te popędy zaspakaja. Różnica między ludźmi na rozmaitych stopniach rozwoju polega również na formie zaspakajania tych potrzeb. Forma, którą człowiek się posługuje, wskazuje o osiągniętym szczeblu rozwoju.
Owo wspinanie się ku doskonalszym formom nie jest bynajmniej bajką dla niegrzecznych dzieci. Wszystkie religie świata stwierdzają tę dążność mimo wielkich różnic między nimi. Tę dążność stwierdzają wszystkie systemy filozoficzne, od Pitagorasa, poprzez Platona, Spinozę, Kanta aż do Bergsona.
Zdawałoby się, że w państwie socjalistycznym, opierającym się na materializmie dziejowym i odrzucającym religię jako opium, dążność do doskonalszych form będzie uważana jako przesąd, zwłaszcza skoro etyka i formy społeczne uważane są za wynik ustroju ekonomicznego; że zatem etyka nie będzie przedmiotem szczególnej pieczołowitości. Tymczasem słyszymy z państwa Sowietów, że członkom partii nie wystarczy być tego samego zdania co Marks i Lenin, ale partia wymaga od swoich członków etycznego napięcia i wysiłku indywidualnego. Innymi słowy wymaga dążenia indywidualnego do wyższych form.
Tę dążność w sobie stwierdza zresztą każdy człowiek! Nawet wyrzutek społeczeństwa! Nie opowiada bowiem o swoich czynach antyspołecznych każdemu. Do wysłuchania tej spowiedzi wybiera tylko osobę, która uważa go za zdolnego do czegoś lepszego.