Układanka
Hanna Baran, Obrazki
Ostatnimi czasy myślał o niej coraz częściej. Od miesiąca planował przeprowadzkę, ciągle więc łapał się na przeglądaniu starych albumów ze zdjęciami, kiedy powinien był pakować je do kartonowych pudeł. Potrafił godzinami siedzieć na podłodze w opustoszałym mieszkaniu, śmiejąc się z jej głupiej miny czy tego, jak tragiczne były wszystkie jego poprzednie fryzury. Ona z kolei zawsze wyglądała świetnie — każda zmiana w jej wyglądzie kojarzyła mu się z konkretnymi zmianami w jej życiu, wyraźnie też pamiętał ich dyskusje o modzie, które prawie zawsze przeradzały się w egzystencjalne rozważania. Kiedy zmieniła szkołę, przestała nosić swój ulubiony wisiorek, który wcześniej był na prawie wszystkich fotografiach. Po każdej poważniejszej kłótni z ojcem jakby na złość farbowała włosy, a gdy na miesiąc wyniosła się z domu, przekłuła sobie nos. Znalazł kilka zdjęć, prawdopodobnie zrobionych przez jej starszego brata, na których widać było małego chłopca pomalowanego szminką i dziewczynkę z zupełnie łysą głową. Nie przypominał sobie, kto pokazał im, jak świetną rozrywką jest hazard, ale, odkąd pamiętał, zakładali się o każdą głupotę; zazwyczaj to ona wygrywała. Z albumu wyjął jeden portret, o którego istnieniu zapomniał na zaskakująco długo. Ostrożnie włożył go pomiędzy strony leżącej najbliżej książki z myślą, że w nowym mieszkaniu koniecznie musi zawisnąć na ścianie, w ramce czy bez.
Ona miała na sobie jego starą skórzaną kurtkę i czerwoną czapkę z daszkiem, a on powyciągany sweter, który prawdopodobnie dalej leżał na dnie szafy jego rodziców. Oboje nosili wtedy krótko ścięte włosy, mieli podobne uśmiechy i identyczne, na niego wyraźnie za ciasne spodnie. Z plecakami na ramionach wyglądali jak dwójka kolegów po wyjściu ze szkoły, w tamtym okresie przypadkowi ludzie często brali ich za braci. Ona potrafiła się z tego śmiać, on tylko kręcił głową. Na zdjęciu oboje patrzyli w obiektyw, a z ich oczu, przynajmniej z jego perspektywy, wyraźnie biło jedno konkretne uczucie. Trzymali się za ręce, za nimi dało się zobaczyć wybieg słoni w krakowskim zoo, świeciło słońce, prawdopodobnie śpiewały ptaki i, o ile pamięć go nie myliła, wszystko było wtedy niemalże idealne. Oboje byli zakochani, co zdawało się być bardziej zauważalne nawet od tego, że włosy obcinali sobie nawzajem, pośpiesznie, w publicznej łazience i, że jego kurtka była na nią za duża. Nie wiedział, czy osoba robiąca zdjęcie była świadoma, że stoi przed nią dwójka przyjaciół kochających ją w najbardziej naiwny sposób, ale myślał, że teraz, patrząc im w oczy po latach, byłoby to dla niej oczywiste.
Był kiepski w rozmowach o uczuciach, a ona świetna w ich odczytywaniu. Zakochana nie do końca myślała jednak o tym, co mówi, o swojej nowej miłości powiedziała mu więc natychmiast, na co on zapadł się w siebie i wziął głęboki oddech. Tę wymianę zdań pamiętał jak dziś; nie planował zapominać o obietnicach, które sobie wtedy składali, o tym, że nie będą zazdrościć i nie pozwolą nikomu wejść pomiędzy siebie. Oczywiście, że do gustu musiał przypaść im jeden i ten sam człowiek. Było to w pewien sposób ironiczne, a na pewno zrozumiałe, zważywszy, jak bardzo byli do siebie podobni. Nie miał pojęcia, jak udało mu się wtedy przyznać, że też kocha; normalnie, do tego typu rozmowy przygotowywałby się tygodniami, rozrysowałby schemat wszelkich możliwych reakcji i odpowiedzi, a w końcu odetchnąłby z ulgą uświadomiwszy sobie, że jego najlepszej przyjaciółki niczym nie da się zaskoczyć. Normalnie, uśmiechnęłaby się do niego z żartobliwym politowaniem i powiedziałaby, że wie, że to oczywiste, że wszystko po nim widać, że przerabiali to już tyle razy. Wtedy była jednak zaskoczona, nie do końca wiedziała, co robić i co mówić. Wtedy to on odnalazł głęboko w sobie siłę, by oznajmić, że to wcale nie jest takie straszne, że dadzą sobie radę, a w najgorszym wypadku: że to mija. Że mają kilkanaście lat, oboje zakochają się jeszcze mnóstwo razy, będą szczęśliwi, nieszczęśliwi, stęsknieni i spełnieni. Ta jedna miłość, nieważne, czy pierwsza, czy nie, nie mogła wpłynąć na to, co było pomiędzy nimi. W końcu znali się jeszcze z piaskownicy.
Kiwnęła wtedy głową i przytuliła go tak, jak tylko ona potrafiła przytulać. Jeszcze przez długi czas gubili się we własnych uczuciach, rozmawiali o tym jednak jak najczęściej, by nie pozostawiać między sobą żadnych niejasności. Czasem miewał wrażenie, że może całą sprawę należało przemilczeć, zamiast rozwlekać. Później jednak przypominał sobie o tym, jak ważna była dla niej szczerość i otwartość, znów się uspokajał i przestawał wątpić. Wycieczki do zoo stały się dla nich tradycją, choć, poza tą jedną okazją, nigdy więcej nie mieli towarzystwa. Za każdym razem trzymali się za ręce, jakby upewniając się, że nie są sami, z czasem ich włosy odrosły, a szkolne plecaki zniknęły. Przestano brać ich za rodzeństwo, zaczęto za parę, chociaż zupełnie nie rozumieli tego porównania.
Sięgnął ręką do czubka głowy i wstał, ściągając gumkę z włosów. Założył ją na nadgarstek, wrzucił kolejne kilka gratów do pudła i wyniósł je na korytarz, kątem oka zerkając w oparte o ścianę, wyjęte z ramy lustro. Uśmiechnął się mimochodem, wiedząc, jak bardzo śmiałaby się z jego obecnej fryzury. Teoretycznie, mieli wspólnie pozwolić krzywym, ostrym, krótkim cięciom zniknąć, ale ten jeden zakład wygrał w momencie, w którym ona złamała się i przejechała sobie po głowie maszynką do golenia. Była to kolejna odważna zmiana, która wyszła jej na dobre, co nie umniejszało jednak w żadnym stopniu satysfakcji, którą czerpał z jedzenia wygranej paczki żelków.