Wróciwszy do pomieszczenia, które niegdyś było pełnoprawną sypialnią, stanął przy pozbawionym firanek oknie i oparł dłonie o parapet. Na zewnątrz wciąż było jasno, ulicą co jakiś czas przejeżdżał samochód, jego niebieski rower stał przypięty do ogrodzenia przy chodnikowym drzewie. Nie mieszkał tu długo, jednak cztery pokoje przy Krowoderskiej szybko stały się dla niego centrum wypadowym; na dwóch kołach w piętnaście minut mógł dostać się prawie wszędzie, w razie niepogody wskakiwał w tramwaj, w plecaku zawsze nosił szczoteczkę do zębów i czysty podkoszulek. Pracował, uczył się, nie wracał do domu na noc, walczył z wątpliwościami, ale zawsze cieszył się z tego, jak blisko jest świata; z tego, że w każdej chwili mógł wyjść, przespacerować się po Plantach, popatrzeć na ludzi. Nie wyobrażał sobie powrotu na obrzeża miasta. Nie chciał mieć samochodu, od kilku miesięcy nie opłacał karty miejskiej, wciąż zastanawiał się, czy będzie miał gdzie jeździć rowerem. Wiedział, że będzie tęsknił za miejscem, które, w najbliższym czasie, planował opuścić.
Dlaczego właściwie robił to wszystko? Znów wrócił myślami do niej, zastanawiając się nad tym, czemu zawsze tak bardzo szarpała się z życiem. Wrzucała się w wir wydarzeń tylko po to, by nie musieć zbyt długo myśleć o przyszłości. Robiła głupoty, popełniała błędy, bywała nieszczęśliwa, kiedyś uciekła z domu, była kłótliwa, awanturnicza, mogła wydawać się toksyczna dla siebie i innych. Tak naprawdę zawsze miała w sobie jednak niesamowite pokłady energii; potrafiła poradzić sobie z każdym problemem, jak nikt inny motywowała go do działania. Bywały momenty, w których tylko dzięki niej opuszczał swój pokój. Tak naprawdę nigdy się nie kłócili, ona z czasem coraz lepiej radziła sobie ze złością, myśląc o tym teraz miał wrażenie, że dzięki sobie nawzajem stali się, być może, trochę lepszymi ludźmi. Skoro ona szarpała się wtedy z życiem, co on robił teraz? Może nie popadł w nałóg, nie trafił do więzienia, ani nie zrobił sobie dziary na czole, ale czuł, że jest zupełnie zagubiony i popełnia tylko złe decyzje. Pozostawiony na moment samemu sobie przestał wychodzić z domu, po miesiącu stan jego mieszkania nie tak bardzo się zmienił, dalej nie znalazł sobie satysfakcjonującego lokum i coraz poważniej zastanawiał się nad tym, czy może na jakiś czas nie wrócić do rodziców. Przerwa w pracy nie pomogła mu w poradzeniu sobie z nadmiarem myśli i obowiązków, które sam sobie narzucał. Za często odkładał wszystko na później, przez co zamiast przygotowywać się do trzech egzaminów musiał uczyć się na siedem, na co nie miał siły, spędzał większość czasu w łóżku i coraz rzadziej odbierał telefony. Miał wrażenie, że teraz radzi sobie znacznie gorzej niż wtedy, kiedy miał siedemnaście lat, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że tak wygląda dorosłość. Wierzył, że przeżywał, po prostu, gorszy moment, że to minie i, uporawszy się ze wszystkimi problemami dnia dzisiejszego, wejdzie w kolejny z czystym sumieniem i pełną gotowością.
Lubił uciekać do starych zdjęć, do wspomnień. Nie musiał wtedy przejmować się wszystkim innym; wyprowadzką współlokatora, zbyt wysokim dla jednej osoby czynszem, tęsknotą za ludźmi, z którymi na tę chwilę utracił kontakt. W teorii miał do siebie dużo zaufania; w praktyce nie był do końca przekonany, czy w cokolwiek jeszcze wierzy. Potrzebował jakiegoś impulsu, konkretnego źródła motywacji, ale za nic nie potrafił go znaleźć. Chcąc odejść myślami od wszystkich kwestii zbyt trudnych, skierował się w stronę łóżka. Usiadł ciężko na twardym materacu, owinął się owleczoną błękitną poszewką kołdrą i schował twarz w poduszce.
Obrócił się kilka razy, usiłując znaleźć wygodną pozycję. W końcu ułożył się na plecach i otworzył oczy, by spojrzeć na biały sufit. Zamknął je ponownie, znów otworzył, przewrócił się na bok, zrzucił z siebie kołdrę, naciągnął ją na głowę, następnie zwinął w kłębek i objął ramionami. Zasnął, a ocknął się dopiero po kilku godzinach, wyrwany ze snu dźwiękiem dzwoniącego telefonu. Nie potrafił przypomnieć sobie, co działo się przed chwilą, zdawało mu się, że był w Parku Jordana, chyba padał deszcz, a on cholernie bał się o stan swojej deskorolki. Dlaczego, będąc w gimnazjum, nigdy nigdzie nie zabierał parasola? Zamiast tego chował deskę pod kurtką, było mu niewygodnie, zimno i chciał wrócić do domu. Zaraz po przebudzeniu nie do końca wiedział, gdzie jest i ile ma lat. Z początku nie mógł do końca otworzyć oczu, wydostał się z łóżka ciągnąc za sobą kołdrę, chwycił komórkę i przymglonym wzrokiem spojrzał na ekran.
— Cześć — odezwał się znajomy głos w słuchawce. — Kojarzysz może, czy nie została u ciebie moja kopia Przebudzenia Witkacego? Szukam, ale nigdzie nie mogę jej znaleźć.
— Jasne, jest taka szansa, pewnie gdzieś leży — odpowiedział, przeczesując rozczochrane włosy dłonią. Do tej pory, jego były współlokator wracał się już po trzy zagubione płyty CD, dwa podręczniki filozofii i kubek termiczny. — Mam ci ją gdzieś podrzucić?
— A masz wolną chwilę? — Usłyszał zalążek uradowania po drugiej stronie linii. Nie, naprawdę, zazwyczaj nie dawał się wykorzystywać. — Wiem, że już późno, w ogóle to przepraszam, że dzwonię, dopiero sobie o tym przypomniałem...
— Daj spokój, nie ma sprawy. I tak potrzebowałem pretekstu do wyjścia z domu. Jesteś u siebie?
— U Miśki. Przynajmniej masz niedaleko, pada straszny deszcz.
— Już jadę — rzucił i rozłączył się. Schował telefon do kieszeni spodni i, wyplątawszy się z kołdry, podniósł z podłogi książkę. Nie zamierzał za nią tęsknić. Nie przepadał za Witkacym.