Opuszczając zaskakująco przytulne o tej porze mury kamienicy, naciągnął na głowę kaptur. Przekręcił kluczyk w kłódce przy rowerze, zahaczył ją o ramę i ruszył przed siebie, w stronę Alei Trzech Wieszczów. Normalnie przeszedłby tę odległość na nogach, ale tym razem chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Żałował, że nie miał na sobie cieplejszej kurtki, jednocześnie czuł, jak krople deszczu przesiąkają przez jego szmaciane trampki. Zatrzymał się na rogu Łobzowskiej, przypiął rower do kraty przy oknie czyjejś piwnicy i spróbował otworzyć drzwi kodem, który, jak mu się zdawało, dobrze pamiętał. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że stoi pod złą klatką. Pokręcił głową. Nie bywał tu za często, co nie zmieniało faktu, że zawsze popełniał ten sam błąd. Szybkim krokiem ruszył do kolejnych drzwi, wstukał sześć cyfr do elektronicznego zamka i zatrzymał się przed starą, obdrapaną, okratowaną windą. Ułamek sekundy zajęło mu zrezygnowanie z przejażdżki, dłuższą chwilę wspięcie się na ostatnie piętro. Zapukał w drzwi. Jego oczom ukazała się młoda dziewczyna owinięta ciepłym kocem. W jednej ręce trzymała kubek herbaty, drugą zapraszała go do środka. Miała przesadnie jasne, potargane włosy i ciepły, zmęczony, ledwo znajomy mu uśmiech.

Nie zdecydował się na wejście, zamiast tego zapytał o swojego znajomego, który chwilę później wziął od niego książkę i podziękował. Cała wymiana odbyła się prawie bez słów, oboje nie zdawali się być w nastroju na długie rozmowy.

— Zaczekaj — odezwał się w ostatniej chwili, tuż zanim właścicielka mieszkania zamknęła drzwi. — Paweł? Wydaje mi się, że zostawiłem coś między stronami. — Uważnie obserwował, jak jego były współlokator szybko przegląda książkę, po czym spomiędzy kartek wyciąga nieopisany portret.

— Kiedy ostatni raz do niej dzwoniłeś? — usłyszał pytanie, biorąc zdjęcie od znajomego. Do tej chwili nie był świadom, jak dużo musiał o niej opowiadać. Zdał sobie sprawę, że pewnie co rusz nadmieniał o niej mimochodem. Przypomniał sobie wieczór, kiedy z Pawłem wspominali czasy podstawówki, gimnazjum, liceum; tamten opowiadał mu o życiu przed Krakowem, studiach, o swojej dziewczynie. On lubił mówić o podróżach z rodzicami, książkach, które przeczytał, dawnych znajomościach... Poza wszystkim, tęsknił za posiadaniem współlokatora, co stwierdził, patrząc na niskiego, młodego mężczyznę w okularach. Nie byli zgodni w większości kwestii, ale oboje znajdowali upust części swoich uczuć w sobie nawzajem, kiedy czasem potrzebowali rozmowy.

Nie odpowiedział na zadane mu pytanie, zamiast tego pożegnał się, schował zdjęcie do wewnętrznej kieszeni kurtki i, zupełnie szczerze, obiecał odzywać się częściej. Zbiegając po schodach, spojrzawszy na zegarek, stwierdził, że wcale nie jest jeszcze tak późno. Wsiadł na rower i, nie zważając na deszcz, ruszył w stronę Wisły. Jechał Alejami, niezbyt dużo rozglądał się, niespecjalnie zwracał uwagę na ludzi. Gwałtownie zahamował, zobaczywszy nagle tuż przed sobą mężczyznę obwiniętego lampkami choinkowymi. Był w średnim wieku, zupełnie przemoknięty. Oboje ruszyli w swoje strony, przeprosiwszy się nawzajem za drobny wypadek. Pokręcił głową, strząsając z siebie zaskoczenie i znów jechał, skupiony mniej na tym, co przed nim, a bardziej, co w jego głowie. Myśli pędziły tam jak nigdy, czuł, jakby nagle obudził się ze zbyt długiego letargu. Nigdy nie spodziewał się, że książka Witkacego natchnie go do czegokolwiek, w końcu jednak znalazł w sobie motywację i siłę, zrozumiał, jakiego impulsu potrzebował.

Tak, ona też długo się nie odzywała, pewnie też powinna go przeprosić, w tej chwili nie obchodziły go jednak głupie urazy i żale. Tak naprawdę nic się przecież nie stało, a on tęsknił za nią, potrzebował jej wsparcia i po prostu chciał się z nią zobaczyć. Minęło trochę czasu, ale był pewien, że w taką pogodę, o tej porze dnia i roku, doskonale wie, gdzie jej szukać. Zatrzymawszy się na światłach dla pieszych przy Jubilacie, ściągnął gumkę z nadgarstka i spiął włosy w ciasny kucyk. Uśmiechnął się. W jak najbliższym czasie miał szczerą nadzieję usłyszeć, że powinien zmienić fryzurę, bo wygląda jak skończony idiota.

Katarzyna Zarzycka, Wystrzał

„Wczorajszego wieczoru mężczyzna, lat 23, został potrącony przez tramwaj na skrzyżowaniu Alei Mickiewicza i Zwierzynieckiej, przed domem handlowym Jubilat. Mężczyzna jechał na rowerze, kiedy z naprzeciwka...” — Adelajda wyłączyła telewizor. Rowerzyści, prychnęła, ubierając czarną sukienkę. Jakby nie stać ich było na porządne auto! Na szczęście ona w centrum porusza się tylko dorożką. Być może mało opłacalnie, ale z klasą!

Podeszła do lustra i rowerzysta natychmiast wypadł jej z głowy: wyglądała znakomicie! Materiał sukienki opinał się akurat tam, gdzie miał się opinać, przez co jej figura wydawała się smukła, ale i ponętna. Głęboki dekolt, być może zbyt odważny, napawał ją dumą, tak samo jak lakierowane loubutiny! Pod Halą Targową szły już za 50 zł., a więc okazja nie do przegapienia, choć, gdyby ktoś ją zapytał, zaklnie się, że kupiła je na Champs Elysees. Odrzuciła do tyłu burzę blond loków i sięgając po mascarę, usłyszała dzwonek do drzwi. Nareszcie, pomyślała. Dźwięk nie ustawał, ale Adelajda nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Przecież ma klucze. Spokojnie dokończyła makijaż i ruszyła do drzwi. Zanim jednak dosięgła klamki, w zamku coś się przekręciło, drzwi otworzyły się gwałtownie i Adelajda została powalona na ziemię przez stworzenie, które przykleiło jej się do nóg, wrzeszcząc przeraźliwie najobrzydliwsze znane Adelajdzie słowo: