— BABCIU!
— Mówiłam ci, Gryzeldo, nie nazywaj mnie babcią... — mruczała Adelajda, gramoląc się z podłogi. Co prawda, w tańcu była giętka niczym kot, ale raz przewrócona, czuła w kościach swoje 70 lat. Za Gryzeldą do mieszkania weszli jej rodzice, ze zdziwieniem spoglądając w dół.
— Gryzeldo, natychmiast przeproś Adelajdę! — rozkazała matka.
— Sorry, zapomniałam Adelajdo! — korzyła się 10-latka. Kiedy babcia była zajęta wstawaniem z podłogi, dziewczynka rzuciła nienawistne spojrzenie na rodziców. Jej matka nakazała wzrokiem bezwzględną ciszę, po czym przeniosła ten wzrok na męża, z którego twarzy można było wyczytać, że chce powiedzieć coś niemiłego. Pod naciskiem żony, Eustachy niechętnie jednak zrezygnował i powiedział tylko:
— Witaj Adelajdo!
— Eustachy! — Twarz Adelajdy wykrzywiła źle skrywana niechęć. — Ty ciągle z Wandą? Do dzisiaj nie mogę pojąć, że wychowana w tak kulturalnym domu, wyszła za mężczyznę pracującego w pierwszej lepszej firmie informatycznej!
— Google to nie jest pierwsza lepsza firma informatyczna! — obruszył się Eustachy. — Poza tym, jestem tam dyrektorem!
— Dyrektor nie dyrektor, ale artystą nie jesteś! — parsknęła Adelajda.
Miała tego po dziurki w nosie. Eustachy, ta niedojda życiowa, jak każdy mężczyzna, nieustannie pragnął się przed nią popisać, ale nie robiło to na niej wrażenia. Jej przybrana rodzina, nowa wersja starej, krakowskiej bohemy, nie spłodziłaby kogoś takiego, jak Eustachy. Te wąsy, te przerzedzone włosy, marynarka jak z Tandety, ktoś taki nie rozumie nawet słowa „hipster”!