— Babciu! — wyrwał ją z zamyślenia głos małej czarownicy. Adelajda niechętnie zwróciła na nią oczy i uśmiechnęła się najpiękniej jak umiała, zastanawiając się, czy w młodości zapomniała wyjaśnić córce, czym jest antykoncepcja — Kiedy dostanę moje kieszonkowe? — Pozbawiona dwóch przednich zębów buzia uśmiechała się do Adelajdy, ale oczy pozostawały zimne jak sopel lodu, który, Adelajda nie miała co do tego wątpliwości, gdyby tylko znalazła się odpowiednia chwila, przebiłby jej serce na wylot.

— Gryzeldo! — skarciła ją znowu matka.

— Musisz chwilę zaczekać, kochanie — zagruchała Adelajda — bo nie przygotowałam ci jeszcze twojego prezenciku! Tymczasem pozwólcie, że zaparzę herbatę. — Odetchnęła z ulgą, znajdując wreszcie pretekst, żeby wyjść z zatłoczonego przedpokoju. Poczłapała do kuchni, udając, że nie słyszy wzburzonego szeptu za plecami. Rodziny się nie wybiera, pomyślała, masując sobie plecy. Ciekawe, czego tym razem chcą. Dopiero wczoraj dostała wiadomość od córki, że muszą pilnie porozmawiać, co nie tyle ją zdziwiło, co zniesmaczyło. Czy ona sobie wyobraża, że Adelajda nie ma żadnych planów na kolejny dzień? Że jak inne kobiety w jej wieku siedzi całymi dniami i ogląda „Ranczo”, popijając herbatę z cytryną? Przez tę niegrzeczną wizytę musiała odwołać swoją rezerwację w kawiarni Charlotte, przełożyć spotkanie ze specjalistą od fengshui, a na dodatek opuścić trening crossfitu. Tego już za wiele, myślała, wymigując się wczoraj u instruktorki nagłym katarem, żeby nawet crossfit!

Położyła na tacy kubki z yerbą, wzięła słomki i z wyrazem męczennicy na twarzy wmaszerowała do salonu, gdzie jej rodzina ułożyła się wygodnie na różowych pufach.

— A więc... — zaczęła Adelajda, rozdając każdemu kubek (Gryzelda powąchała napój i, za plecami babci, odegrała scenę wymiotowania). — Co was dziś do mnie sprowadza?

Rodzina wymieniła spojrzenia (Gryzelda, spróbowawszy łyk yerby, szybko wypluła go za pufę).

— Postanowiliśmy przygarnąć nowego członka rodziny... — wykrztusiła w końcu Wanda (Gryzelda cierpiętniczym wzrokiem wpatrywała się w kubek). — Nazywa się...

— Nie wierzę! — Adelajda zerwała się na równe nogi. Jej twarz zrobiła się popielatoszara i przez chwilę nie mogła złapać tchu. Twarz Eustachego zdawała się mówić: „Wiedziałem”, a Gryzelda zapatrzyła się wielkimi oczami w babcię. Zawsze lubiła, kiedy ta dostawała szału, bo jeździli potem do fajnej kawiarni, gdzie rodzice kupowali sobie po kieliszku musującego napoju, a ona dostawała pucharek lodów.

— Nie, to nie tak, jak myślisz! — próbowała wyjaśnić skołowana Wanda, ale matka nie dała jej dojść do słowa (Gryzelda dostrzegła doniczkę ze śmiesznymi listkami).

— Tak, wszystko jasne! Wiedziałam, że tak to się skończy! — lamentowała Adelajda. — Najpierw poślubiasz informatyka, rzucasz weganizm, a potem adoptujesz dziecko! Nijakie polskie dziecko! — rozłożyła ręce zgorszona. — Mogłabyś dodać temu jakiejś magii, powiedzieć mi, że znalazłaś na ulicy albo chociaż, że wyrosło z nasiona chia, jak Calineczka, tymczasem ty prosisz…