— Przede wszystkim o nic cię nie proszę — weszła jej w słowo Wanda (Gryzelda zaczęła podlewać roślinkę yerbą). — Poza tym wcale nie powiedziałam, że adoptujemy jakieś dziecko! Eustachy...
— No tak, Eustachy! — zawołała Adelajda, zwróciwszy swą furię na kulącego się na pufie Eustachego. — To było do przewidzenia! Powiedz mi mój drogi, która to? — wysyczała nienawistnie. — Sekretarka? Pokojówka? Widzisz, Wandziu, ja już od dawna wiedziałam, że nic dobrego z tego małżeństwa nie będzie! — załamała ręce. — Nie dość, że nie artysta, to jeszcze zdradza cię i ma czelność przychodzić do ciebie z bękartem!
— A co to bękart? — przerwał jej piskliwy głosik Gryzeldy (roślinka upojona yerbą dogorywała).
— „Bękart” to ten nowy członek rodziny — wycedziła Adelajda.
— Puffy? — wykrzyknęła uradowana odkryciem Gryzelda.
— Nazwaliście dziecko „Pafy”? — Adelajda złapała się za serce.
— No co ty, babciu — Gryzelda popatrzyła na nią jak na nienormalną — przecież Puffy to pies.
Dziewczynka pobiegła na korytarz, zostawiając babcię zmagającą się z natłokiem własnych myśli. Po pierwsze, nienawidzi zwierząt. Jest przecież weganką. Po drugie, pies i jej łóżko wodne? Co to, to nie. Po trzecie, co, do jasnej cholery, stało się z jej ziołem?!
Po chwili dało się słyszeć szczekanie i nim Adelajda się obejrzała, znów leżała na ziemi, będąc oblizywaną ze wszystkich stron przez wielkie, kudłate bydlę.
— Zejdź ze mnie, potworze! Ale już! I nie zlizuj mi podkładu! — darła się ze wszystkich sił — Że ty w ogóle masz czelność zbliżać się do mnie, ty bestio, jakim prawem...