— Puffy, do nogi! — na komendę pies odstąpił niechętnie od swojej nowej przyjaciółki i Adelajda, odsunąwszy się na bezpieczną odległość, mogła przyjrzeć mu się lepiej. Był to dog niemiecki, postury niebagatelnej, ze spiczastymi uszami i długim nosem. Od razu wiedziała, że go nie lubi.

— W ten piątek wyjeżdżamy do Warszawy na dwa dni i chcieliśmy, żebyś się nim zajęła przez ten czas — wyjąkała Wanda.

— Ja? I pies? — To przekraczało ludzkie pojęcie. Nie zamierzała owijać w bawełnę — Nie zostawicie tego kundla w moim domu. — Pies pomerdał ogonem, a ślina skapnęła mu na dywan. Fuj.

Wanda i Eustachy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a Adelajda zaczęła przypuszczać, że przygotowali się na taką odpowiedź.

— To może zrobisz nam jeszcze yerby? Gryzelda już swoją wypiła, a na pewno chciałaby więcej. — Eustachy podejrzanie wyszczerzył zęby, nie dostrzegając, że córka zbladła na słowo „yerba”.

— No dobrze, ale zaraz potem wyprowadzacie tę bestię — warknęła.

Niechętnie wycofała się do kuchni. Zawsze tak jest, najpierw cisza w telefonie przez miesiąc, a potem zjawiają się na progu z kundlem, prosząc o drobną przysługę...

HUK. Drzwi zatrzasnęły się gwałtownie.

Adelajda w te pędy wróciła do salonu, tylko po to, by stanąć w twarz z dwojgiem oczu wpatrujących się w nią z zainteresowaniem. Po gościach nie było ani śladu. Adelajdzie zdawało się, że pies wyśmiewa jej głupotę.

— Ani mi się waż tak się uśmiechać — warknęła. — Jak ci tam było? Paffy? Pifi? Jeden pies...