Westchnęła głęboko i w jej nozdrza wdarł się obrzydliwy zapach sierści. Korzystając z jej chwilowego zawahania, pies z obnażonymi kłami rzucił się na pufę. Pobiegła za nim, ale już przerzucił się na zasłony, które otrzymały postrzępione wykończenie i, uporawszy się z tym, skoczył do sypialni, gdzie pogryzł poduszki, kołdrę i prześcieradła. Ukończywszy dzieło zniszczenia, czmychnął do toalety, gdzie najzwyczajniej w świecie zaczął chłeptać wodę klozetową. Adelajdzie nie pozostało nic innego jak siąść i płakać.

— Ty zapchlony kundlu... — wyszeptała. Wtedy też podjęła decyzję. Odda go do schroniska na te trzy dni, niech tam się nim zajmą, ona umywa ręce. Cóż by powiedzieli jej znajomi z Bunkra, gdyby wparowała tam z psem? Adelajda nie mogła sobie pozwolić na takie poniżenie. Ona ma znajomych. Ona ma crossfit.

Rzuciwszy nienawistne spojrzenie na psa, którego zamierzała od teraz nazywać Pif-Pafem, podeszła do szafy i wyciągnęła płaszcz od Prady (jej najlepszy zakup na przecenach w Biedronce), po czym sięgnęła po swój najnowszy nabytek i największą dumę — piękny, czarny parasol Burberry. Oszczędzała na niego przez kilkanaście miesięcy (musiała kupować „Vivę” zamiast „Vogue’a”, a co gorsze zrezygnować z najnowszego IPhona 8, którego mają jej wszyscy znajomi, i cichaczem używać starej Noki). Teraz trzymała go w rękach, kontemplując charakterystyczną kratkę na wewnętrznej stronie. Wszyscy umrą z zazdrości! Czyż nie na tym właśnie polega hipsterstwo, pomyślała przekornie, na byciu innym niż wszyscy? A takiego parasola nie ma nikt, uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po smycz.

Padało niemiłosiernie, ale cóż zrobić? Nie miała pojęcia w jaki autobus wsiąść, a Pif-Paf nie pomagał, obsikując każde napotkane drzewo. Po prostu świetnie! W końcu nadjechał jakiś autobus, a Adelajda wciągnęła psa do środka. Parasol położyła pod najbliższym krzesłem, żeby trochę wysechł i przez resztę podróży bombardowała Pif — Pafa wzrokiem. Co za upokorzenie! Chłopak siedzący przed nią w końcu wyszedł i mogła usiąść, kryjąc się przed ciekawskimi oczami. Nigdy nie wiadomo, kiedy spotka się znajomych.

Pies zajęty był obwąchiwaniem butów współpasażerów, i nagle, wywąchawszy coś obiecującego, zaczął lizać tenisówki wysokiego chłopaka w szaliku w biało-czerwone pasy.

— Co do k***y-nędzy?! — wykrzyknął ten, poderwawszy nogę. Zamachnął się, jak gdyby chciał kopnąć Pif-Pafa, ale pies był szybszy i odskoczył w bok, przez co noga chłopaka wylądowała na piersi postawnego mężczyzny z wielką, białą gwiazdą na bluzie. Mężczyźnie wystarczył rzut oka na jego szalik, żeby wymierzyć porządny cios. Chłopak skulił się, ale już po chwili poderwał się, wrzeszcząc na cały tramwaj: „Tylko Pasy!”. Krzyk jego rywala utonął we wrzawie tupotu stóp, wyzwisk i wrzasków. Cały autobus zamienił się w pole walki, pięści, paznokcie, noże waliły, drapały, cięły bezlitośnie, a niedobitki pasażerów kuliły się pod krzesłami.

— Nieprawdopodobne — mruczała Adelajda — zamiast wyżywać się w literaturze, sztuce... O, to chyba nasz przystanek — ucieszyła się i schyliła głowę, żeby odczytać nazwę, ratując się przed przelatującą nad jej głową maczetą. Popędzając Pif-Pafa, wyminęła leżącego w kałuży krwi bezzębnego kibica i wysiadła z autobusu. Dotarła na Kazimierz, była z siebie dumna. A co do psa... na miejscu kibica Cracovii postąpiłaby tak samo, przecież kundel obsikał mu Reebooki!

Nagle jej trzewia wykrzywił strach niepodobny do niczego, co kiedykolwiek przeżyła. Spojrzała za siebie, we wciąż otwarte drzwi autobusu, licząc, że to tylko zły sen. Niestety. Pod krzesłem nie było parasola.

Ciemność. Jakiś głos. Obudziło ją sapanie Pif-Pafa. Leżała na chodniku, a jakaś kobieta próbowała ją podnieść.

— Czy wszystko z panią w porządku? — zapytała zatroskana. Adelajda dostrzegła czerwony beret i różową kurtkę, co natychmiast ją ocuciło. Czy ci ludzie to daltoniści? Poderwała się z ziemi najszybciej jak się dało, co zaskutkowało nagłym strzyknięciem w karku.