— Czy zadzwonić po kogoś z rodziny? A może do domu spokojnej starości? Czy ma pani ze sobą leki? — kobieta nie dawała za wygraną.

— Wszystko ze mną w porządku, zemdlałam, bo wydarzyło się coś okropnego! — rozjuszona Adelajda omiatała wzrokiem Plac Nowy. Zignorowała kobietę, która chciała coś jeszcze powiedzieć, zgarnęła z ziemi swoją eko-torbę i pociągnąwszy szczekającego Pif-Pafa, pomaszerowała na drugą stronę ulicy. Kto jak kto, ale Kazimierz Adelajda znała jak własną kieszeń. Ach te cudowne noce, kiedy mogła szaleć tu w klubach, spacerując potem do białego rana, a czasem nawet do dwudziestej drugiej po wszystkich zaułkach. Mężczyźni, których tam usidlała, zawsze zabierali ją później na romantyczną randkę — czy to na zapiekankę z cebulą czy to na kufel piwa. A ona, jak gdyby śpiesząc się do domu, dziękowała im za kurtuazję i żeby nie wyjść na „łatwą”, całowała ich tylko na pożegnanie w policzek, nie omieszkawszy zostawić im swojego numeru. Wstyd przyznać, ale w tym wieku pamięć już nie ta, pewno myliła się w cyferkach, bo nigdy żaden nie oddzwonił.

Teraz podążała raźno ulicą Wawrzyńca i wykręcała po kolei numery ludzi, którzy gotowi byli oddać za nią życie.

— Halo, Zygfryd? Nie dzwonię w sprawie biletów, wiesz przecież, że koncerty są mainstreamowe. Sprawa jest taka, że zaginął mój parasol. Tak, Burberry! Ukradli mi go! Ale co za różnica, czy mam jeszcze parasol czy nie? Halo?

— Cześć, Stefania! Byłaś na akupunkturze? Jak to nie działa? Słuchaj, zginął mój parasol od Burberry... No mówię, że go nie mam. Czekaj, nie rozłączaj się!

— Damian! Jesteś na Placu Zbawiciela? Ale powiedz mi czy jesteś w stanie namierzyć parasol... Tak, ten, który obiecałam ci pożyczyć! Zaginął! Jak to nie masz zasięgu? Damian!

Po piętnastym telefonie jej baza kontaktów się wyczerpała. Popatrzyła tępo w wyświetlacz starej Noki. To chyba jakiś żart. Cały świat krakowskiej hipstery wyparł się jej. Znikąd pomocnej dłoni. Czy ta banda pseudo-artystów chce wykluczyć ją, Adelajdę von Buczek-Skwirczyńską, z życia towarzyskiego tylko dlatego, że zgubiła parasol? Fakt faktem, najdroższy, jaki kiedykolwiek trzymała w dłoni, z tą geometryczną kratką, którego nie omieszkała zabrać na ostatni wernisaż w MOCAKu. Kiedy weszła do środka, oczy wszystkich zgromadzonych wędrowały od obrazów Pollocka do jej parasola, każdy gratulował jej stylu, klasy… A teraz? Gdzie tych 500 przyjaciół z Facebooka? Nie ma już nikogo na tym świecie, prócz...

— Pif-Paf! — jej blada furia padła na przegryzającego koła roweru psa. — To wszystko przez CIEBIE! Mój parasol nie zginąłby, gdyby nie ty! Już ja się z tobą rozprawię!

W jej głowie kiełkował morderczy plan. Szybko zakupione piwo z sokiem znieczuliło ją przed tym, co chciała zrobić. W jednej ręce ściskając portfel z wężowej skóry, a w drugiej, ciągnąc smycz jak łańcuch skazańca, prowadziła psa na jego Golgotę — do budki z naleśnikami.

Przeczytała kiedyś, że czekolada jest dla psów trująca, słodka to będzie więc zemsta, gdy poczęstuje go „Bestsellerem z Nutellą”. Zaparło jej dech na myśl o tak przebiegłej zbrodni. Głos jej drżał, gdy zamawiała truciznę. Podczas niekończącego się oczekiwania spojrzała raz jeszcze w mordkę, która śliniła się na zapach jedzenia. Sam sobie zgotowałeś taki los, myślała ze smutkiem Adelajda. Naleśniki już były gotowe. Czekoladowa ciecz wypływała z nich jak krew...