W tym momencie Pif-Paf, jakby tknięty przeczuciem, skoczył w bok, sprawiając, że naleśniki rozplaskały się na chodniku. Zanim zdążyła zamordować go gołymi rękami, pies puścił się biegiem, a Adelajda, chcąc nie chcąc, zmuszona była pobiec za nim. Smycz zaplątała się wokół jej nadgarstka i teraz z całych sił starała się wyswobodzić. Lampa, kawiarnia, buty od Armaniego, turyści... ŁUP!
Adelajdzie przed oczyma latały gwiazdy, kiedy, przeklinając psa, podnosiła się z chodnika.
— Może pani pomogę? — usłyszała nagle głęboki głos. Jej wzrok zatrzymał się na lakierowanych butach, powędrował do skrojonego na miarę garnituru, zatrzymał się dłużej na złotych spinkach do mankietów, by w końcu spocząć na mało atrakcyjnej brodatej twarzy. Mężczyzna uśmiechał się bezzębnym uśmiechem, który od razu ją odrzucił, a siwe włosy związane w kucyk nie poprawiały pierwszego wrażenia. Mimo to Adelajda zmusiła się, żeby podać mu rękę.
— Bardzo pana przepraszam, to wina tego kundla! — żąchnęła się.
— Przecież to dog niemiecki! — mężczyzna wytrzeszczył na nią oczy. — Poza tym to moja wina, stałem w niefortunnym miejscu! Chociaż może właśnie fortunnym… — dodał kurtuazyjnie.
Cudownie, teraz podrywa mnie staruszek, westchnęła w duchu. Od kłopotu pozbycia się go wybawił ją nagły deszcz. W przeciągu kilku sekund lunęło jak z cebra. Adelajda owinęła się mocniej szalem i już chciała pociągnąć Pif-Pafa, gdy poczuła dłoń na swoim ramieniu.
— Może chociaż da się pani odwieźć do domu? — W jednej ręce trzymał parasol w kratkę, a w drugiej kluczyki do purpurowego Ferrari. Adelajda zmierzyła go raz jeszcze spojrzeniem — zmarszczki na czole zwiastują inteligencję, tak czytała — a potem zerknęła na wyglancowany samochód i mrugnąwszy do Pif-Pafa, wzięła mężczyznę pod ramię. Zawsze ceniła sobie gentlemanów. A już zwłaszcza tych inteligentnych.
Witold Serwatka, Powrót
Brama była wąska, wysoka i prowadziła do klubu, z którego właśnie zostali wyrzuceni. Za dnia przychodzą tutaj czasem bezdomne osoby opowiadające różne historie, by na koniec prosić o pieniądze. O 22:00 w piątek stała tutaj grupa młodzieży.
Oparł się o ścianę bramy. Chciał być gdzieś indziej. Ktoś przyszedł ze sklepu z butelką żubrówki i pepsi. Nastolatkowie zaczęli nieśmiało pić, rozglądając się na wszystkie strony. Zaczął marzyć o książce. Nie wiedział, co tu robi, ani dlaczego piętnaście osób, które prawie się nie znają, przychodzą się spotkać na Placu Szczepańskim po to, aby podzielić się 0, 7l wódki. Uważał, że cała sytuacja była dla biorących w niej udział poniżająca, ale także w pewnym sensie śmieszna. Zastanawiał się, dlaczego w ogóle szesnastolatkowie sięgają po alkohol. Wszyscy członkowie tego spotkania pochodzili z dobrych rodzin, chodzili do prestiżowej szkoły, nie mieli zmartwień. Ktoś wyciągnął papierosy.