Woltyżerowie zawiedli Kolombę do obozu bandytów, gdzie zgromadzili trofea ekspedycji: burkę, którą był okryty Orso, stary garnek i dzbanek pełen wody. Tamże znajdowała się miss Nevil, która zdybana przez żołnierzy, wpół umarła ze strachu, odpowiadała łzami na pytania co do liczby bandytów oraz kierunku, w jakim się udali.
Kolomba rzuciła się w ramiona miss Lidii i szepnęła do ucha: „Ocaleni”. Następnie, zwracając się do sierżanta:
— Panowie — rzekła — widzicie przecież, że ta panienka nie ma pojęcia o tym, o co ją pytacie. Pozwólcie nam wrócić do wsi, gdzie oczekują nas z niecierpliwością.
— Zaprowadzi się was tam, i to prędzej niżbyś pragnęła, moja gołąbko — rzekł sierżant. — Tam wytłumaczycie się, coście robiły w chaszczach o tej porze, w towarzystwie bandytów, którzy właśnie uciekli. Nie wiem, jakich czarów używają te łajdaki, ale to pewna, że muszą rzucać urok na dziewczęta, wszędzie bowiem, gdzie są bandyci, można być pewnym, że znajdzie się ładne buziaki.
— Bardzo pan uprzejmy, panie sierżancie — rzekła Kolomba — ale dobrze byś zrobił, gdybyś zechciał uważać na słowa. Ta panienka jest kuzynką prefekta i nie trzeba z nią żartować.
— Kuzynka prefekta! — szepnął jeden z woltyżerów do naczelnika. — Prawda, ma kapelusz.
— Kapelusz nic nie stanowi — rzekł sierżant. — Były tu obie z Proboszczem, który jest największy zwodziciel w całej okolicy, i obowiązkiem moim jest zabrać je z sobą. Zresztą nie mamy tu już nic do roboty. Gdyby nie ten przeklęty kapral Taupin... pijaczyna Francuz pokazał się, nim zdążyłem okolić chaszcze... gdyby nie on, złapalibyśmy ich w potrzask.
— Jest panów siedmiu? — rzekła Kolomba. — Wiecie panowie, że gdyby przypadkiem trzej bracia Gambini, Sarocchi i Teodor Poli165 znaleźli się z Brandolacciem i Proboszczem pod krzyżem świętej Krystyny, mogliby wam narobić tęgiego kłopotu. Gdyby się wam trafiła rozmówka z „Komendantem świeżego powietrza”166, nie miałabym ochoty być przy tym. Kule nie rozróżniają po nocy nikogo.
Możliwość spotkania z groźnymi bandytami, których Kolomba wymieniła przed chwilą, uczyniła na woltyżerach pewne wrażenie. Ciągle klnąc kaprala Taupin, psa-Francuza, sierżant dał znak do odwrotu. Oddział skierował się ku Pietranera, unosząc z sobą burkę i garnek. Co do dzbanka, wymierzono mu sprawiedliwość kopnięciem nogi. Woltyżer chciał ująć miss Lidię za ramię, ale Kolomba odepchnęła go.
— Niech nikt jej nie tyka! — rzekła. — Myślicie, że mamy ochotę uciekać? Chodź, Lidio, chodź, droga, oprzyj się na mnie i nie płacz jak dziecko. A to mi przygoda, ale nie skończy się źle; za pół godziny siądziemy do wieczerzy. Co do mnie, umieram z głodu.