Prefekt i prokurator mieszkali u wicemera; pułkownik, bardzo niespokojny o córkę, przybiegał ze dwudziesty raz pytać ich o nowiny, kiedy woltyżer, wysłany przez sierżanta przodem jako goniec, opowiedział o straszliwej walce stoczonej przeciw bandytom, walce, w której nie było wprawdzie zabitych ani rannych, ale w której wzięto łupem kociołek, burkę i dwie dziewczyny, będące, jak mówił, kochankami lub szpiegami bandytów. Tak oznajmione, ukazały się dwie branki wśród zbrojnej eskorty.
Można sobie wyobrazić promieniejącą twarz Kolomby, zawstydzenie jej towarzyszki, osłupienie prefekta, radość i zdumienie pułkownika. Prokurator pozwolił sobie na złośliwą przyjemność poddania biednej Lidii lekkiemu śledztwu, które zakończył dopiero wówczas, gdy ją doprowadził do zupełnego pomieszania.
— Zdaje mi się — rzekł prefekt — że możemy wszystkich wypuścić na wolność. Panienki wyszły na przechadzkę, nic naturalniejszego w tak piękną pogodę; spotkały przypadkiem sympatycznego młodego człowieka rannego; również rzecz bardzo naturalna.
Następnie, biorąc na stronę Kolombę:
— Może pani donieść bratu — rzekł — że sprawa obraca się lepiej, niż się spodziewałem. Badanie zwłok, zeznania pułkownika stwierdzają, że strzelił jedynie w obronie i że był sam w chwili walki. Wszystko się ułoży, ale trzeba, aby jak najprędzej opuścił chaszcze i oddał się w ręce władzy.
Była blisko jedenasta, kiedy pułkownik, jego córka i Kolomba zasiedli do wystygłej wieczerzy. Kolomba jadła z wybornym apetytem, żartując sobie z prefekta, prokuratora i woltyżerów. Pułkownik jadł, ale nie mówił ni słowa, spoglądając ciągle na córkę, która nie podniosła oczu znad talerza. Wreszcie łagodnym, ale poważnym głosem rzekł po angielsku:
— Lidio, zatem ty zaręczyłaś się z Orsem?
— Tak, ojcze, od dziś — odparła, rumieniąc się, ale pewnym głosem.
Następnie podniosła oczy i nie widząc na fizjonomii ojca gniewu, rzuciła się w jego ramiona i uściskała go, jak czynią dobrze wychowane panny w podobnych okolicznościach.
— Niech i tak będzie — rzekł pułkownik. — To dzielny chłopak, ale na Boga, nie zostaniemy w jego diabelskim kraju! Albo odmawiam zezwolenia.