— Mamy pilne sprawy — rzekła wesoło młoda kobieta. — Panowie, przyniosłam wam wieczerzę: jedzcie i nie zapominajcie o przyjacielu Brusco.
— Psuje pani Brusca, panno Kolombo, ale on umie być wdzięczny. Zobaczy pani. Dalej, Brusco — rzekł, wyciągając poziomo fuzję — skocz dla Barricinich.
Pies nie ruszył się z miejsca, oblizując się i patrząc na pana.
— Skocz dla della Rebbiów!
Pies skoczył o dwie stopy wyżej, niż było trzeba.
— Słuchajcie, przyjaciele — rzekł Orso — uprawiacie brzydkie rzemiosło; jeśli wam nie przyjdzie skończyć kariery na placu, który widzimy tam oto, najlepsze, co wam się może zdarzyć, to paść w chaszczach od kuli żandarma.
— I cóż! — rzekł Castriconi. — Taka śmierć jak inna, lepsza z pewnością niż febra, która zabije człowieka w łóżku, pośród mniej lub więcej szczerych skomleń spadkobierców. Kiedy człowiek przyzwyczaił się, jak my, do świeżego powietrza, nie ma dlań nic lepszego niż umierać w butach, jak powiadają nasi wieśniacy.
— Chciałbym — ciągnął Orso — upewnić się, żeście opuścili ten kraj... i obrali spokojniejsze życie. Czemu byście na przykład nie mieli się osiedlić w Sardynii, jak to uczyniło wielu kamratów? Mógłbym wam to ułatwić.
— W Sardynii! — wykrzyknął Brandolaccio. — Istos Sardos!168 A niech ich czart porwie z ich diabelską gwarą. To za liche towarzystwo.
— Nie ma sposobu żyć w Sardynii — dodał teolog. — Co do mnie, gardzę Sardyńczykami. Milicja poluje tam na bandytów konno: to dostateczna krytyka bandytów i kraju!169. Do czorta z Sardynią. Jedna rzecz mnie dziwi, panie della Rebbia, to, że pan, który jesteś człowiekiem dobrego smaku, człowiekiem inteligentnym, nie zostałeś przy naszym życiu w chaszczach, skoro raz dane ci było go zakosztować.