— Poczekajmy najpierw, aż będziesz miała bratanka; później nauczysz go posługiwać się sztyletem, jeśli masz ochotę.
— Bądźcie zdrowe, sztylety — rzekła wesoło Kolomba — teraz mam wachlarz, żeby cię nim trzepnąć po palcach, pułkowniku, kiedy ci przyjdzie ochota obmawiać mą ojczyznę.
Tak rozmawiając, doszli do folwarku, gdzie znaleźli wino, poziomki i śmietankę. Kolomba pomogła gospodyni zrywać poziomki, gdy pułkownik popijał aleatico. Na skręcie alei Kolomba spostrzegła starca, siedzącego na słomianym krześle na słońcu, chorego, jak się zdawało. Policzki miał zapadłe, oczy podkrążone; wychudzony był do ostateczności, nieruchomość zaś jego, bladość, jak również martwe spojrzenie czyniły go podobniejszym raczej do trupa niż do żywej istoty. Przez kilka minut Kolomba przyglądała mu się z taką ciekawością, że ściągnęła wreszcie uwagę gospodyni.
— Ten biedny starzec to ziomek pani, poznałam bowiem od razu z akcentu, że pani jest z Korsyki. Przeszedł nieszczęście w swoim kraju, synowie jego zginęli w straszliwy sposób. Powiadają (przepraszam panią bardzo, że tak mówię), że pani ziomkowie nie mają lekkiej ręki, kiedy się nienawidzą. Biedny człowiek, zostawszy sam na świecie, przeniósł się do Pizy, do dalekiej krewniaczki, która jest właścicielką tej fermy. Poczciwina trochę szwankuje na umyśle, nieszczęścia, zmartwienia... To było trochę kłopotliwe dla pani, która prowadzi dom bardzo otwarty; przysłała go tedy tutaj. Jest łagodny, nie robi kłopotu; ani trzech słów nie powie w ciągu dnia. Tak, z głową zupełnie u niego słabo. Lekarz odwiedza go co tygodnia i powiada, że niewiele mu się już należy.
— A, ma niedługo umrzeć? — rzekła Kolomba. — W jego położeniu to szczęście taki rychły koniec.
— Powinna by pani zagadać do niego coś po korsykańsku; to by go może ożywiło nieco, gdyby usłyszał narzecze swego kraju.
— Spróbujemy — rzekła Kolomba z ironicznym uśmiechem.
I zbliżyła się do starca, tak iż jej cień przesłonił mu słońce. Wówczas biedny idiota podniósł głowę i bystro przypatrzył się Kolombie, która patrzyła nań również, uśmiechając się ciągle. Po chwili starzec powlókł ręką po czole i zamknął oczy, jak gdyby chcąc uciec przed spojrzeniem Kolomby. Następnie otworzył je szeroko; wargi zaczęły mu drżeć, chciał wyciągnąć ręce, ale jakby urzeczony przez Kolombę, siedział przykuty do krzesła, niezdolny poruszyć się ani przemówić. Wreszcie duże łzy zaczęły mu płynąć z oczu i szlochanie wydarło się z piersi.
— Pierwszy raz widzę go w tym stanie — rzekła ogrodniczka. — Ta panienka pochodzi z pańskich stron — rzekła do starca — przybyła pana odwiedzić.
— Łaski! — wykrzyknął ochrypłym głosem. — Łaski! Czy jeszcze ci nie dość? Tę kartkę... spaliłem... jakim sposobem zdołałaś ją odczytać?... Ale dlaczego obu?... Na Orlanduccia nic przecież nie było tam napisane... Trzeba mi było zostawić jednego... jednego bodaj... Orlanduccia... nie było tam tego imienia.