— Trzeba mi było obu — rzekła Kolomba cicho w narzeczu korsykańskim. — Gałęzie już ucięte; gdyby pień nie był spróchniały, wydarłabym go. Ech, nie skarż się; niedługo będziesz cierpiał. Ja cierpiałam dwa lata!

Starzec wydał krzyk i głowa opadła mu na piersi. Kolomba odwróciła się i odeszła wolno ku domowi, śpiewając jakieś niezrozumiałe słowa ballaty: „Trzeba mi ręki, która pociągnęła za cyngiel, oka, które wzięło na cel, serca, które zamyśliło”.

Podczas gdy ogrodniczka spieszyła z pomocą starcowi, Kolomba z ożywioną twarzą, z roziskrzonymi oczyma siadała do stołu naprzeciw pułkownika.

— Co tobie? — rzekł. — Wyglądasz tak, jak wówczas w Pietranera, w ów dzień, kiedy podczas obiadu częstowano nas kulami.

— To wspomnienia z Korsyki nawiedziły mnie na chwilę. Ale już przeszło. Będę chrzestną matką, prawda? O! Jakie piękne imiona dam memu bratankowi: Ghilfuccio-Tomaso-Orso-Leone!

W tej chwili wróciła ogrodniczka.

— I cóż! — rzekła Kolomba z największym spokojem. — Umarł czy tylko zemdlony?

— Nic się nie stało, proszę pani, ale to osobliwa rzecz, jaki widok pani uczynił na nim wrażenie.

— I lekarz mówi, że nie pociągnie długo?

— Może ani dwa miesiące.