— Skoro mówię z panem o tym, panie Orso, powinieneś rozumieć, że nie wątpię o panu. Jeżeli poruszyłam ten przedmiot, to dlatego, iż wyobrażałam sobie, że za powrotem do kraju, otoczony może barbarzyńskimi przesądami, będzie pan rad wiedzieć, że jest ktoś, kto pana szanuje za siłę, z jaką umiesz się im oprzeć. No — rzekła, podnosząc się z miejsca — nie mówmy już o tych brzydkich rzeczach; przyprawiają mnie o ból głowy, a zresztą jest bardzo późno. Nie ma pan do mnie urazy? Dobranoc, po angielsku. — To mówiąc, podała mu rękę.

Orso uścisnął dłoń z poważną i skupioną twarzą.

— Pani — rzekł — czy pani wie, że bywają chwile, w których instynkt mojej ziemi budzi się we mnie? Czasami, kiedy wspomnę o biednym ojcu... wówczas oblegają mnie okropne myśli. Dzięki pani jestem od nich na zawsze wyzwolony. Dziękuję, dziękuję!

Chciał mówić dalej, ale miss Lidia upuściła łyżeczkę i hałas obudził pułkownika.

— Della Rebbia, jutro o piątej, na łowy! Bądź punktualny.

— Wedle rozkazu, pułkowniku.

V

Nazajutrz, na chwilę przed powrotem myśliwych, miss Nevil, wracając z przechadzki nad morzem, zbliżyła się do gospody z panną służącą, kiedy zauważyła młodą kobietę, czarno ubraną, siedzącą na niedużym, ale silnym koniku i właśnie wjeżdżającą do miasta. W ślad za nią jechał człowiek o typie wieśniaka, również konno, w kubraku z brunatnego sukna, dziurawym na łokciach, z bukłaczkiem przewieszonym przez ramię, z pistoletem u pasa; w ręce fuzja, której kolba tkwiła w skórzanej kieszeni, przymocowanej do łęku, słowem, w kompletnym rynsztunku opryszka z melodramatu lub mieszczanina korsykańskiego w podróży. Uderzająca piękność kobiety ściągnęła od pierwszego spojrzenia uwagę miss Nevil. Wyglądała na jakie dwadzieścia lat. Była słusznego wzrostu, biała, o ciemnoniebieskich oczach, różowej twarzy, zębach lśniących jak emalia. Na twarzy jej malowała się duma, niepokój i smutek. Na głowie miała welon z czarnego jedwabiu, zwany mezzaro, który Genueńczycy wprowadzili do Korsyki, a w którym tak jest do twarzy kobietom. Długie kasztanowate warkocze tworzyły jak gdyby turban dokoła głowy. Strój był schludny, ale nadzwyczaj prosty.

Miss Nevil miała czas napatrzyć się jej do woli, dama z mezzaro bowiem zatrzymała się na ulicy, wypytując kogoś z wielkim zainteresowaniem, jak można było wnosić z wyrazu oczu; następnie, otrzymawszy żądane wyjaśnienia, zacięła wierzchowca i ruszywszy ostrym kłusem, zatrzymała się aż przy bramie hotelu, gdzie mieszkali sir Tomasz Nevil i Orso. Tam, zamieniwszy kilka słów z gospodarzem, młoda kobieta zeskoczyła lekko i siadła na kamiennej ławce tuż przy drzwiach wchodowych64, podczas gdy giermek jej odprowadzał konie do stajni. Miss Lidia przeszła w swoim paryskim kostiumie tuż obok nieznajomej, nie ściągnąwszy na siebie jej spojrzenia. W kwadrans później, otwierając okno, ujrzała jeszcze damę w mezzaro, siedzącą w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Niebawem pojawili się pułkownik i Orso, wracający z polowania. Wówczas gospodarz rzucił kilka słów panience w żałobie i wskazał palcem młodego della Rebbia. Zarumieniła się, podniosła żywo, postąpiła kilka kroków i zatrzymała się nieruchomo jak gdyby zdumiona. Orso stał też naprzeciw niej, przyglądając się z zaciekawieniem.

— Czy wy jesteście — rzekła wzruszonym głosem — Orso Antonio della Rebbia? Ja jestem Kolomba.