Zresztą otoczenie Pietranera nastręczało Orsowi raczej inne, nie te ostatnie wspomnienia. Widok miejsc związanych z jego dzieciństwem, sprzęty, którymi posługiwała się ukochana matka, wzniecały w duszy jego tłum słodkich i bolesnych wzruszeń. Następnie znowu oblegała go czarna przyszłość, otwierająca się przed nim, nieokreślony niepokój, jaki budziła w nim siostra, a ponad to wszystko myśl, że miss Nevil ma przybyć do tego domu, który wydał mu się dziś tak mały, tak biedny, tak nieodpowiedni dla osoby przywykłej do zbytku! Wyobrażał sobie, iż może poweźmie wzgardę dla tej siedziby; słowem, wszystko to tworzyło w głowie młodzieńca chaos i wtrącało go w głębokie zniechęcenie.

Siadł do wieczerzy w wielkim sczerniałym fotelu dębowym, w którym ojciec jego zajmował miejsce przy rodzinnym stole. Orso uśmiechnął się, widząc, iż Kolomba waha się, czy ma siąść wraz z nim. Był jej zresztą wdzięczny za milczenie podczas wieczerzy i za pośpiech, z jakim opuściła pokój, czuł się bowiem zbyt wzruszony, aby się opierać atakom, które gotowała niewątpliwie. Ale Kolomba oszczędzała brata; chciała mu zostawić czas na oswojenie się z domem. Z głową opartą na ręku trwał długo nieruchomy, przechodząc w myśli wypadki i przeżycia ostatnich dwóch tygodni. Z przerażeniem widział owo wyraźne oczekiwanie, z jakim wszyscy spoglądali na stanowisko jego wobec Barricinich. Już spostrzegł, że opinia Pietranera zaczyna być dlań opinią całego świata. Miał obowiązek pomścić się, jeśli nie chce uchodzić za nikczemnika. Ale na kim? Nie mógł uwierzyć, aby Barriciniowie byli winni mordu. To prawda, byli nieprzyjaciółmi rodziny, ale trzeba było grubych korsykańskich przesądów, aby ich pomawiać o morderstwo. Od czasu do czasu Orso spoglądał na talizman miss Nevil i powtarzał po cichu jego dewizę: „Życie jest walką!” Wreszcie rzekł sobie stanowczym tonem: „Wyjdę z niej zwycięzcą!” Z tą dobrą myślą podniósł się, i biorąc lampę, miał się udać do swego pokoju, kiedy ktoś zapukał do bramy. Godzina była nieodpowiednia na odwiedziny. Natychmiast zjawiła się Kolomba w towarzystwie służącej.

— To nic — rzekła, biegnąc ku drzwiom.

Zanim otwarła, spytała wszakże, kto puka.

Słodki głosik odpowiedział:

— To ja.

Natychmiast drewniana zapora usunęła się i Kolomba ukazała się z powrotem w jadalni, w towarzystwie małej, mniej więcej dziesięcioletniej dziewczynki, z bosymi nogami, w łachmanach, w lichej chustczynie, spod której wymykały się długie kosmyki włosów czarnych jak skrzydło kruka. Dzieciak był chudy, blady, z cerą spaloną słońcem, ale w oczach błyszczał ogień inteligencji. Widząc Orsa, dziewczynka zatrzymała się lękliwie i skłoniła mu się nisko, z chłopska, po czym zaszeptała coś do Kolomby i oddała jej świeżo zabitego bażanta.

— Dziękuję, Chili — rzekła Kolomba. — Podziękuj wujowi. Ma się dobrze?

— Bardzo dobrze, panienko, do usług. Nie mogłam przyjść wcześniej; wuj bardzo się spóźnił. Trzy godziny czekałam w chaszczach.

— I nie jadłaś wieczerzy?