Kolomba ciągnęła w ten sposób jakiś czas, zwracając się to do nieboszczyka, to do rodziny. Niekiedy, za pomocą prozopopei139 właściwej ballacie, kazała mówić samemu zmarłemu, aby pocieszać przyjaciół lub dawać im rady. W miarę jak improwizowała, twarz jej przybierała natchniony wyraz; płeć140 barwiła się przejrzystą różowością, która tym więcej uwydatniała blask zębów i ogień rozszerzonych źrenic. Była to pytonissa na trójnogu141. Prócz kilku westchnień, kilku zduszonych szlochów, nie dosłyszałoby się ani najlżejszego szmeru w tłumie, który cisnął się dokoła niej. Mimo że Orso mniej niż ktokolwiek inny dostępny był tej dzikiej poezji, niebawem udzieliło mu się powszechne wzruszenie. Ukryty w ciemnym kącie, płakał na równi z synem Pietriego.
Nagle uczynił się lekki ruch w audytorium: krąg otworzył się, weszło kilku obcych. Z szacunku, jaki im okazano, z pośpiechu, z jakim uczyniono miejsce, widać było, iż są to ludzie znaczni, których odwiedziny przynosiły zaszczyt domowi. Mimo to, przez szacunek dla ballaty, nikt nie odezwał się do nich ni słowem. Ten, który wszedł pierwszy, wyglądał na mężczyznę lat czterdziestu. Czarne ubranie, czerwona wstążeczka w kształcie rozety, powaga i pewność siebie malujące się na twarzy pozwalały od pierwszego rzutu oka odgadnąć prefekta. Za nim wszedł przygarbiony starzec, o żółciowej cerze, starający się pod zielonymi okularami ukryć lękliwe i niespokojne spojrzenie. Miał czarne ubranie, zbyt obszerne, które mimo że zupełnie jeszcze nowe, zrobione było widocznie przed wielu laty. Wciąż trzymając się boku prefekta, wyglądał na człowieka, który, można by rzec, chce się skryć w jego cieniu. Wreszcie za nim weszli dwaj młodzi ludzie o słusznej postawie, z cerą spaloną przez słońce, o policzkach ocienionych gęstymi bokobrodami, z okiem dumnym, zuchwałym, okazującym lekceważącą ciekawość. Orso miał czas zapomnieć fizjonomii142 swoich krajanów; ale widok starca w zielonych okularach obudził w nim natychmiast dawne wspomnienia. Obecność jego w towarzystwie prefekta wystarczała, aby go poznać. Był to adwokat Barricini, mer Pietranera, który wraz z dwoma synami przybył, aby uraczyć prefekta widowiskiem ballaty. Trudno określić, co się działo w tej chwili w duszy Orsa; ale obecność wroga jego ojca obudziła w nim jakby dreszcz grozy; bardziej niż kiedykolwiek uczuł się dostępny podejrzeniom, które przez tak długi czas zwalczał.
Co do Kolomby, na widok człowieka, któremu przysięgła śmiertelną nienawiść, żywa jej fizjonomia przybrała natychmiast złowrogi wyraz. Zbladła, głos jej stał się chrapliwy, rozpoczęty wiersz zamarł na ustach... Ale niebawem, podejmując swą ballatę, ciągnęła z wznowioną gwałtownością:
„Kiedy jastrząb podnosi lament — wobec opróżnionego gniazda — szpaki bujają dokoła — urągając jego boleści”.
Tutaj dał się słyszeć zduszony śmiech: byli to dwaj młodzi ludzie, świeżo przybyli, którym się ta przenośnia wydała zapewne zbyt śmiała.
„Jastrząb się obudzi; rozwinie skrzydła — obmyje dziób we krwi! — A ty, Karolu Baptysto, niechaj twoi przyjaciele — dadzą ci ostatnie pożegnanie. — Łzy ich płynęły dość długo. — Jedynie biedna sierota nie będzie cię opłakiwać. — I czemu miałaby cię opłakiwać? — Usnąłeś syt życia — pośród rodziny — przygotowany, aby się zjawić — przed obliczem Wszechmocnego. — Sierota płacze swego ojca — zaskoczonego przez nikczemnych morderców — ugodzonego z tyłu — ojca, którego krew czerwieni się — pod stosem zielonych liści. Ale zebrała jego krew — tę krew szlachetną i niewinną — rozlała ją na Pietranera — iżby się stała śmiertelną trucizną. — I Pietranera będzie napiętnowana — dopóki krew zbrodnicza — nie wymaże śladów krwi niewinnej”.
Kończąc te słowa, Kolomba osunęła się na krzesło, ściągnęła zasłonę na twarz i słychać było jej szlochanie. Kobiety, zapłakane, cisnęły się dokoła improwizatorki; wielu mężczyzn rzucało złowrogie spojrzenia w stronę mera i jego synów; kilku starców szemrało na zgorszenie, które spowodowali swą obecnością. Syn zmarłego przedostał się przez ciżbę i zamierzał prosić mera, aby co prędzej opuścił dom, ale ten nie czekał na to zaproszenie. Cofał się ku drzwiom, a obaj synowie byli już na ulicy. Prefekt zwrócił parę kondolencyjnych frazesów do młodego Pietri i udał się prawie natychmiast za tamtymi. Orso zbliżył się do siostry, ujął ją za ramię i wyprowadził z izby.
— Przeprowadźcie ich — rzekł młody Pietri do paru przyjaciół. — Czuwajcie, aby się im nic nie przytrafiło!
Paru młodych ludzi włożyło pośpiesznie sztylety w lewy rękaw kaftana i odprowadzili Orsa i siostrę jego aż do domu.