— To fałsz! — krzyknęli naraz obaj bracia.

— Dwa przeczenia równają się twierdzeniu — zauważył zimno Castriconi. – Tomaso miał pieniądze, jadł i pił, co było najlepszego. Zawsze miałem słabość do dobrej kuchni (to jeszcze najmniejsza z moich wad) i mimo wstrętu do poufalenia się z takim ladaco, dałem się kilka razy skusić na podzielenie jego obiadu. Przez wdzięczność zaproponowałem, aby drapnął ze mną. Pewna dziewczynka, którą swego czasu obdarzałem niejakimi względami, dostarczyła środków... Nie chcę nikogo kompromitować. Tomaso odmówił, powiedział, że jest pewny swej sprawy, że adwokat Barricini zalecił go panom sędziom i że wyjdzie z dziury biały jak śnieg i z pieniędzmi w kieszeni. Co do mnie uważałem za właściwe się ulotnić. Dixi152.

— Wszystko, co powiada ten człowiek, jest stekiem kłamstw — powtórzył stanowczo Orlanduccio. — Gdybyśmy byli w szczerym polu, każdy ze strzelbą, nie mówiłby w ten sposób.

— Cóż za brednie! — wykrzyknął Brandolaccio. — Nie szukaj zwady z Proboszczem, Orlanduccio.

— Czy pozwoli mi pan nareszcie wyjść, panie della Rebbia? — rzekł prefekt, tupiąc niecierpliwie nogą.

— Saweria! Saweria! — krzyczał Orso. — Otwórz drzwi, do stu diabłów!

— Chwileczkę — rzekł Brandolaccio. — Musimy najpierw my zabrać cię w swoją stronę. Panie prefekcie, jest zwyczaj, że w razie spotkania u wspólnych przyjaciół udziela się sobie przy rozstaniu pół godziny zawieszenia broni.

Prefekt obrzucił go spojrzeniem wzgardy.

— Sługa uniżony całej kompanii — rzekł Brandolaccio. Następnie, wyciągając poziomo ramię: — No, Brusco — rzekł do psa — skocz ładnie dla pana prefekta!

Pies skoczył, bandyci podjęli spiesznie broń zostawioną w kuchni i znikli przez ogród. Na przenikliwy gwizd drzwi otworzyły się jak zaczarowane.