— Żegnam pana — rzekł prefekt, czyniąc gest. — Uprzedzam, że dam rozkaz brygadierowi żandarmerii, aby śledził wszystkie pańskie kroki.
Skoro prefekt wyszedł, Kolomba rzekła:
— Orso, nie jesteś na kontynencie. Orlanduccio nie rozumie się na twoich pojedynkach, zresztą nie śmiercią walecznych winien zginąć ten nędznik.
— Kolombo, moja droga, jesteś dzielna kobieta. Wdzięczny ci jestem bardzo, że ocaliłaś mnie od tęgiego pchnięcia nożem. Daj mi rączynę, niech ją ucałuję. Ale, widzisz, pozwól mi działać samemu. Są pewne rzeczy, których nie rozumiesz. Podaj mi śniadanie i skoro tylko prefekt ruszy w drogę, sprowadź mi Chilinę, która, jak widzę, doskonale wywiązuje się z poleceń. Będę jej potrzebował dla przesłania listu.
Gdy Kolomba doglądała śniadania, Orso udał się do swego pokoju i skreślił następujący bilecik:
Musi panu być pilno spotkać się ze mną; mnie z pewnością nie mniej. Jutro rano możemy znaleźć się obaj o szóstej w dolinie Aquaviva. Strzelam doskonale z pistoletu, nie proponuję panu tedy tej broni. Powiadają, że pan dobrze władasz fuzją; weźmy każdy po dubeltówce. Przyjdę w towarzystwie jednego człowieka. Jeśli brat zechce panu towarzyszyć, weź pan drugiego świadka i uprzedź mnie. W takim tylko razie wezmę z sobą dwóch świadków.
Orso della Rebbia
Prefekt, zabawiwszy godzinę u wicemera, wstąpiwszy na kilka chwil do Barricinich, wyjechał do Corte w asystencji jednego tylko żandarma. W kwadrans później Chilina zaniosła list, który czytelnik przebiegł właśnie oczami i oddała go do własnych rąk Orlanduccia.
Orso długo czekał odpowiedzi, która przyszła aż wieczór. Podpisana była przez pana Barricini ojca, który oznajmił Orsowi, że list z pogróżkami, zwrócony do syna, znajdzie się w rękach prokuratora. „Czując się spokojny w sumieniu — dodawał, kończąc — czekam, by sprawiedliwość wydała wyrok o pańskich potwarzach”.
Tymczasem kilku pasterzy, wezwanych przez Kolombę, przybyło pełnić straże na wieży della Rebbiów. Mimo protestów Orsa założono archere w oknach wychodzących na rynek. Cały wieczór otrzymywał Orso ofiary usług od rozmaitych osób z miasteczka. Przyszedł nawet list od teologa-bandyty, który przyrzekał w imieniu swoim i Brandolaccia wystąpić czynnie, gdyby mer sprowadził żandarmów. List kończył się tym postscriptum: