— Nie mogę tego przyrzec, jeżeli, jak przypuszczam, Orlanduccio zażąda pojedynku.
— Jak to! Panie della Rebbia, pan, francuski wojskowy, chcesz się bić z człowiekiem, którego podejrzewasz o fałszerstwo?
— Uderzyłem go.
— Ależ gdybyś pan uderzył galernika i gdyby zażądał od pana rachunku, czyżby się pan z nim bił? Ech, panie Orso! Dobrze więc! Żądam od pana jeszcze mniej: nie szukaj Orlanduccia... Pozwalam panu bić się, w razie jeśli zażąda spotkania.
— Zażąda, nie wątpię o tym, ale przyrzekam panu, że nie spoliczkuję go ponownie, aby go zmusić do pojedynku.
— Cóż za kraj! — powtarzał prefekt, przechadzając się wielkimi krokami. — Kiedyż znów wrócę do Francji!
— Panie prefekcie — rzekła Kolomba najsłodszym głosikiem — późno już, czy uczyni nam pan ten zaszczyt, aby zjeść z nami śniadanie?
Prefekt nie mógł się wstrzymać od śmiechu.
— Już i tak za długo tu zostałem... to wygląda na stronniczość... I ten przeklęty kamień!... Trzeba mi jechać... Panno della Rebbia, ile nieszczęść zgotowałaś może dzisiaj!
— Przynajmniej, panie prefekcie, zechce pan oddać siostrze sprawiedliwość, że działa w głębokim przekonaniu, a jestem pewien obecnie, że i pan sam uważa je za dobrze ugruntowane.