— Moja słodka Kolombo — rzekł, wstając od stołu — jesteś, lękam się tego, diabłem we własnej osobie, ale bądź spokojna. Jeżeli nie uda mi się przywieść Barricinich pod szubienicę, znajdę sposób załatwienia się z nimi w inny sposób. Ciepła kula lub zimna stal154. Widzisz, nie zapomniałem korsykańskiego języka.

— Im prędzej, tym byłoby lepiej — rzekła Kolomba z westchnieniem. — Jakiego konia weźmiesz jutro, Ors’ Anton’?

— Karego. Czemu pytasz?

— Aby mu dać jęczmienia.

Skoro Orso udał się do siebie, Kolomba wyprawiła na spoczynek Sawerię i pasterzy i została sama w kuchni, gdzie przygotowywał się bruccio. Od czasu do czasu nastawiała ucha, jak gdyby czekając z niecierpliwością, aż brat się położy. Skoro wreszcie sądziła, że usnął, wzięła nóż, upewniła się, że jest ostry, wsunęła małe nóżki w grube trzewiki i bez najmniejszego hałasu wyszła do ogrodu.

Ogród, zamknięty murem, przytykał do dość obszernego i okolonego żywopłotem kawałka ziemi, gdzie chowano konie, na Korsyce bowiem konie nie znają wcale stajni. Zazwyczaj zostawia się je wolno w polu i zdaje się na ich inteligencję znalezienie paszy i ochronę przed zimnem i deszczem.

Kolomba otworzyła drzwiczki z tąż samą ostrożnością, weszła w ogrodzenie i gwizdnąwszy lekko, zwabiła do siebie konie, którym nosiła często chleb i sól. Z chwilą gdy kary znalazł się na odległość ręki, chwyciła go silnie za grzywę i przecięła ucho nożem. Koń dał straszliwego susa i uciekł, wydając ów ostry krzyk, jaki wydziera koniom uczucie dotkliwego bólu. Wówczas Kolomba, zadowolona, wysunęła się z powrotem do ogrodu, gdy Orso otworzył okno i krzyknął: „Kto tam?” Równocześnie usłyszała, że nabija strzelbę. Szczęściem dla Kolomby furtka znajdowała się w zupełnej ciemności i wielka figa zasłaniała ją w części. Niebawem z przerywanych błysków, jakie zamigotały w pokoju, doszła do wniosku, iż Orso stara się zapalić lampę. Zamknęła spiesznie furtkę i pomykając wzdłuż muru w ten sposób, iż czarna suknia zlewała się z ciemną gęstwiną szpalerów, zdołała dotrzeć do kuchni na parę chwil przed zjawieniem się brata.

— Co się stało? — spytała.

— Zdawało mi się — rzekł Orso — że ktoś otwierał furtkę.

— Niepodobna. Pies byłby szczekał. Zresztą chodźmy zobaczyć.