— Na cóż czekamy? — wykrzyknęła gwałtownie Kolomba. — Przychodzą nas wyzywać, kaleczyć nasze konie, a my byśmy im nie odpowiedzieli? Czy jesteście mężczyźni?
— Zemsty! — odpowiedzieli pasterze. — Oprowadźmy konia po wsi i przypuśćmy szturm do ich domu.
— Stodoła pokryta słomą przytyka do ich wieży — rzekł stary Polo Griffo — w mgnieniu oka stanie w płomieniach.
Drugi ofiarowywał się przynieść drabinkę z dzwonnicy, trzeci wysadzić bramę Barricinich za pomocą bala, złożonego na placu i przeznaczonego do jakiejś rozpoczętej budowli. Wśród tych wściekłych okrzyków słychać było głos Kolomby, oznajmiającej swym poplecznikom, iż nim się wezmą do dzieła, każdy otrzyma duży kielich anyżówki.
Na nieszczęście, lub raczej na szczęście, wrażenie, jakie sobie obiecywała po swym okrucieństwie, było dla Orsa w znacznej mierze stracone. Nie wątpił on, iż to dzikie okaleczenie jest dziełem jednego z wrogów; podejrzewał o nie szczególnie Orlanduccia; ale nie uważał, aby ten młody człowiek, wyzwany i spoliczkowany przezeń, zmazał swą hańbę tym, iż przeciął ucho koniowi. Przeciwnie, ta podła i śmieszna zemsta powiększała jego wzgardę; myślał obecnie wraz z prefektem, że podobni ludzie nie zasługują, aby się z nimi mierzyć. Skoro tylko zdołał dojść do głosu, oświadczył stropionym rebbianistom, aby poniechali wojowniczych zamiarów i że sprawiedliwość, której stróże zjawią się niebawem, pomści bardzo skutecznie ucho biednego konia.
— Jestem tu panem — dodał surowo — i chcę, by mnie słuchano. Pierwszy, który ośmieli się jeszcze mówić o zabijaniu i podpalaniu, może mieć wprzódy ze mną do czynienia. Dalej! Osiodłać mi bułanego156.
— Jak to, Orso — rzekła Kolomba, odciągając go na stronę — ścierpisz, by nas znieważono? Za życia ojca nigdy Barriciniowie nie ośmieliliby się kaleczyć naszego bydlęcia!
— Przysięgam ci, że pożałują tego, ale rzeczą żandarmów i katów jest karać nędzników, którzy odważni są tylko wobec zwierząt. Powiedziałem ci, sąd pomści nas... albo też... nie będziesz potrzebowała mi przypominać, czyim jestem synem.
— Cierpliwości — rzekła Kolomba, wzdychając.
— Zapamiętaj sobie dobrze, siostro — ciągnął Orso — że jeżeli za powrotem zobaczę, iż dopuszczono się jakiegoś wybryku na Barricinich, nigdy ci tego nie daruję. — Następnie dodał łagodniej: — Jest bardzo możliwe, prawdopodobne nawet, że wrócę tu z pułkownikiem i jego córką; postaraj się, aby pokoje były w porządku, aby śniadanie było dobre, słowem, aby goście nie cierpieli zbytniej niewygody. To bardzo pięknie, Kolombo, być dzielną, ale trzeba także, by kobieta umiała być gospodynią domu. No, uściskaj mnie, bądź rozsądna; już osiodłano bułanka.