— Orso — rzekła Kolomba — nie pojedziesz sam.
— Nie trzeba mi nikogo — rzekł Orso — i ręczę ci, że nie dam sobie uciąć ucha.
— Och! Nigdy nie pozwolę ci jechać samemu w wojennym czasie. Hej! Polo Griffo! Gian’ France! Memmo! Weźcie strzelby, będziecie towarzyszyli panu.
Po dość żywej dyskusji Orso musiał się zgodzić na eskortę. Wybrał spośród najzapalczywszych pasterzy tych, którzy najgłośniej doradzali rozpoczęcie wojny; następnie, ponowiwszy jeszcze nakazy siostrze i pozostałym, puścił się w drogę, czyniąc tym razem koło, aby minąć dom Barricinich.
Byli już daleko od Pietranera i jechali ostrym kłusem, kiedy mijając strumyczek, który gubił się w bagnisku, stary Polo Griffo ujrzał kilka świń, wygodnie siedzących w błocie i rozkoszujących się ciepłem słońca i chłodem kąpieli. Natychmiast, wziąwszy na cel największą, wypalił jej prosto w łeb i zabił na miejscu. Towarzyszki zmarłej podniosły się i umknęły z zadziwiającą lekkością; mimo że drugi pasterz dał też ognia, dopadły zdrowo i cało zarośli, w których znikły.
— Ciemięgi! — wykrzyknął Orso. — Bierzecie świnie za dziki!
— Wcale nie, Ors’ Anton’ — odparł Polo Griffo — ale to stado adwokata: to go nauczy kaleczyć nasze konie!
— Jak to, łajdaki! — wykrzyknął Orso, nie posiadając się z wściekłości. — Naśladujecie bezeceństwa naszych wrogów! Opuśćcie mnie, nędznicy. Nie potrzebuję was. W sam raz dla was bić się ze świniami. Przysięgam na Boga, że jeśli odważycie się jechać za mną, rozwalę łeb pierwszemu z brzegu!
Pasterze spoglądali po sobie stropieni. Orso spiął ostrogami konia i zniknął w galopie.
— Ha, ha! — rzekł Polo Griffo. — To paradne! Bądź że tu komu oddany, zarobisz sobie ładną wdzięczność! Pułkownik, jego ojciec, pogniewał się na ciebie za to, żeś raz wziął na cel adwokata... Gamoń z ciebie, nie mogłeś to wypalić... A syn... widzisz, co zrobiłem dla niego... Mówi o rozwaleniu łba... ot, tyle mu człowiek wart, co stary bukłak, gdy już nie trzyma wina. Oto czego ich uczą na lądzie, Memmo!