— Tak, Ors’ Anton’, leżałam w paprociach, kiedy przechodził. Rozglądał się na wszystkie strony lunetą.
— W którą stronę poszedł?
— Tędy w dół, tam gdzie pan jedzie.
— Dziękuję.
— Ors’ Anton’, nie dobrze by było, gdyby pan zaczekał na wuja? Przybędzie tu niebawem, z nim byłby pan bezpieczny.
— Nie bój się, Chili, nie trzeba mi twego wuja.
— Gdyby pan zechciał, poszłabym przodem.
— Dziękuję, dziękuję.
I Orso, spiąwszy konia, skierował się szybko we wskazaną stronę.
Pierwszym jego odruchem był ślepy poryw wściekłości. Powiedział sobie, że los daje mu wyborną sposobność skarcenia nikczemnika, który kaleczy niewinnego konia, aby się zemścić za policzek. Następnie, w miarę jak się posuwał, przyrzeczenie, jakie złożył poniekąd prefektowi, zwłaszcza zaś obawa postradania odwiedzin miss Nevil, zmieniły jego usposobienie: niemal byłby rad uniknąć spotkania z Orlanducciem. I znowu wspomnienie ojca, zniewaga wyrządzona koniowi, pogróżki Barricinich podsycały jego gniew i parły go ku temu, aby odszukać przeciwnika, wyzwać go i zmusić do pojedynku. Tak miotany sprzecznymi postanowieniami, posuwał się ciągle naprzód, obecnie już z całą ostrożnością. Przeglądał krzaki i zarośla, niekiedy zatrzymując się nawet i nadsłuchując mętnych odgłosów przynoszonych wiatrem. W dziesięć minut po rozstaniu się z Chiliną (było wówczas około dziewiątej) znalazł się na brzegu bardzo stromego zbocza. Droga, lub raczej ledwie zaznaczona ścieżka, którą posuwał się Orso, prowadziła przez świeżo spalone chaszcze.