Ziemia była w tym miejscu pokryta białawym popiołem; tu i ówdzie krzewy i nieliczne drzewa, sczernione ogniem i zupełnie ogołocone z liści, stały prosto, mimo że już przestały żyć. Widok takich spalonych chaszczy sprawia wrażenie, jakby się było przeniesionym nagle w krajobraz północny w pełni zimy, a kontrast miejsc strawionych płomieniem z krzewiącą się dokoła bujną wegetacją czyni widok ten jeszcze smutniejszym i rozpaczliwym. Ale w krajobrazie tym Orso widział w tej chwili tylko jedną rzecz, ważną zaiste w jego położeniu: iż grunt, ogołocony w ten sposób, nie mógł dawać kryjówki żadnej zasadzce. Ten, kto się może obawiać w każdej chwili, iż z gąszczów wychyli się lufa wymierzona w jego pierś, patrzy jak na oazę na teren, gdzie nic nie zatrzymuje wzroku. Za spalonymi chaszczami ciągnął się duży szmat uprawnych pól, otoczonych wedle miejscowego zwyczaju kamiennym murem, sięgającym do wysokości pasa. Ścieżka prowadziła pomiędzy tymi ogrodzeniami, gdzie ogromne nieregularnie sadzone kasztany dawały z daleka pozór gęstego lasu.
Zmuszony z powodu bystrego spadku zsiąść na ziemię, Orso, puściwszy wolno uzdę, schodził spiesznie, ślizgając się w popiele. Był już może ledwo o dwadzieścia pięć kroków od kamiennego ogrodzenia po prawej stronie drogi, kiedy ujrzał na wprost siebie najpierw lufę, następnie głowę, wychylającą się nad murem. Fuzja pochyliła się w dół i Orso poznał Orlanduccia, gotującego się dać ognia. Bez chwili namysłu stanął w obronnej postawie i obaj, biorąc się na cel, patrzyli na siebie kilka sekund z tym przenikliwym wzruszeniem, jakiego doświadcza najodważniejszy człowiek w chwili, gdy ma zabić lub być zabitym.
— Nikczemny tchórzu! — krzyknął Orso.
Mówił jeszcze, kiedy ujrzał błysk strzelby Orlanduccia. Prawie równocześnie drugi strzał padł po lewej, z przeciwnej strony dróżki, z fuzji człowieka, którego Orso nie spostrzegł i który wziął go na cel, zaczajony za murem. Obie kule trafiły: jedna, Orlanduccia, przeszyła lewe ramię, które odsłonił, biorąc go sam na cel; druga ugodziła w pierś, rozdarła ubranie, ale natknąwszy się na klingę sztyletu, spłaszczyła się na niej i spowodowała tylko lekką kontuzję. Lewe ramie Orsa zwisło bezwładnie i lufa opadła na chwilę, ale podniósł ją natychmiast i kierując broń samą prawą ręką, dał ognia w stronę Orlanduccia. Głowa nieprzyjaciela, odsłonięta tylko po oczy, znikła. Orso, zwracając się na lewo, oddał drugi strzał w kierunku otoczonej dymem i ledwie widocznej postaci. I ta również znikła. Cztery strzały nastąpiły po sobie z niewiarygodną szybkością: najwyćwiczeńsi żołnierze nie umieliby uczynić krótszej przerwy podczas rotowego157 ognia. Po ostatnim strzale Orsa wszystko pogrążyło się w ciszy. Dym wychodzący z jego broni wznosił się powoli ku niebu; żadnego poruszenia za murem ani najlżejszego szmeru. Gdyby nie ból w ramieniu, mógłby myśleć, że ci ludzie, do których dopiero co dał ognia, to były zjawy jego wyobraźni.
Oczekując nowych strzałów, Orso uczynił kilka kroków, aby się ukryć za jednym ze spalonych drzew pozostałych wśród zgliszczy lasu. Za tym schronieniem ścisnął strzelbę kolanami i nabił spiesznie. Lewe ramię sprawiało mu okrutny ból; miał uczucie, że dźwiga olbrzymi ciężar. Co się stało z wrogami? Nie mógł zrozumieć. Gdyby uciekli, gdyby byli ranni, słyszałby z pewnością jakiś hałas, jakiś szelest wśród liści. Czyżby byli nieżywi lub, co prawdopodobniejsze, czyżby schronieni za murem czekali sposobności nowego strzału?
W tej niepewności, czując, że siły jego słabną, Orso przyklęknął na prawe kolano, oparł na drugim zranione ramię i posłużył się gałęzią spalonego pnia jako podporą dla strzelby. Z palcem na cynglu, z okiem wlepionym w mur, z uchem czujnym na najmniejszy szelest, trwał tak nieruchomo kilka minut, które wydały mu się wiekiem.
Wreszcie dobrze z dala za Orsem dał się słyszeć słaby krzyk; niebawem pies, zbiegłszy drożyną z szybkością strzały, zatrzymał się przy nim, wywijając ogonem. Był to Brusco, uczeń i towarzysz bandytów, zwiastujący bez wątpienia przybycie pana. Nigdy żadnego uczciwego człowieka nie oczekiwano z równą niecierpliwością. Pies z pyskiem wzniesionym w górę, w stronę bliskiego ogrodzenia, węszył niespokojnie. Nagle wydał głuchy mruk, przesadził jednym susem mur i prawie natychmiast skoczył nań z powrotem, patrząc bystro na Orsa i wyrażając oczyma zdumienie tak jasno, jak w ogóle pies może to uczynić. Następnie wystawił znów nozdrza na wiatr, tym razem w kierunku drugiego ogrodzenia, które znów przeskoczył. Po sekundzie pojawił się na murze, okazując ten sam wyraz zdumienia i niepokoju; następnie skoczył w spalone chaszcze, z ogonem między nogami, patrząc na Orsa i oddalając się odeń wolno, przebierając boczkiem, póki się nie znalazł w pewnej odległości. Wówczas, puszczając się pędem, wbiegł na wzgórze prawie równie szybko, jak wprzód zbiegł na dół, dążąc na spotkanie człowieka, który mimo bystrej wyniosłości posuwał się żwawo.
— Do mnie, Brando! — wykrzyknął Orso, skoro przybysz znalazł się na odległości głosu.
— Ho! Ors’ Anton’! Ranny pan jesteś? — spytał Brandolaccio, przybiegając cały zdyszany. — Ciało czy kończyna?
— Ramię.