— Zwłaszcza, panie pułkowniku, niech pan pamięta — mówiła — że pan słyszał cztery strzały i że wedle pańskiej relacji Orso strzelił drugi.

Pułkownik nie rozumiał nic z całej sprawy, córka zaś wzdychała tylko i ocierała oczy.

Dzień miał się dobrze ku zachodowi, kiedy smutna procesja weszła do miasta. Odnoszono adwokatowi Barriciniemu zwłoki synów. Ciało każdego leżało w poprzek na grzbiecie muła, którego prowadził wieśniak. Gromada stronników rodziny oraz gapiów towarzyszyła żałobnemu orszakowi. Wraz z nimi widać było żandarmów, którzy zjawiają się zawsze za późno, i wicemera, który podnosił ręce ku niebu, powtarzając bez ustanku: „Co powie pan prefekt!” Kilka kobiet, między innymi piastunka Orlanduccia, wydzierało sobie włosy i wydawało dzikie wycia. Ale ich zgiełkliwa boleść czyniła mniejsze wrażenie niż niema rozpacz tego, który ściągał ku sobie wszystkie spojrzenia. Był to nieszczęśliwy ojciec, który idąc od jednego trupa do drugiego, podnosił głowy zwalane ziemią, całował zsiniałe usta, podtrzymywał członki już zesztywniałe, jak gdyby chroniąc je od wstrząśnień. Niekiedy widocznie otwierał usta, aby przemówić, ale nie wychodził z nich ani jeden krzyk, ani jedno słowo. Z oczyma wciąż utkwionymi w zwłokach, potykał się o kamienie, o drzewa, o wszystkie przeszkody, jakie nastręczały się po drodze.

Lamenty kobiet, klątwy mężczyzn zdwoiły się, skoro orszak znalazł się opodal domu Orsa. Gdy kilku pasterzy rebbianistów ośmieliło się wydać krzyk tryumfu, przeciwnicy nie mogli powściągnąć oburzenia. „Zemsty! Zemsty!”, krzyknęło kilka głosów. Zaczęły latać kamienie, a dwa strzały z fuzji skierowane w okna sali, gdzie znajdowała się Kolomba i jej goście, przebiły okiennicę i rzuciły odłamki drzewa aż na stół, koło którego siedziały obie młode kobiety. Miss Lidia zaczęła wydawać straszne okrzyki, pułkownik chwycił fuzję, a Kolomba, nim zdołano ją wstrzymać, rzuciła się ku bramie i otworzyła ją gwałtownie. Tam, stojąc na wysokim progu, z rękami wyciągniętymi do przekleństw, krzyknęła:

— Podli! Strzelacie do kobiet, do cudzoziemców! Czy wy jesteście Korsykanie? Mężczyźni? Nędznicy, którzy umiecie tylko mordować z tyłu, chodźcie, wyzywam was. Jestem sama, brat daleko. Zabijcie mnie, zabijcie moich gości; to godne was... Nie śmiecie, wy tchórze nikczemni! Wiecie, że umiemy się mścić. Idźcie, idźcie płakać jak niewiasty i podziękujcie nam, że nie żądamy od was jeszcze więcej krwi!

Było w głosie i w postawie Kolumby coś imponującego i straszliwego; na jej widok tłum cofnął się przestraszony, jak za zjawieniem owych złych wróżek, o których w zimowe wieczory opowiadają na Korsyce niejedną przeraźliwą historię. Wicemer i żandarmi wraz z garstką kobiet skorzystali z poruszenia, aby rzucić się między dwa stronnictwa; ile że pasterze-rebbianiści już narządzili broń i można się było przez chwilę obawiać, aby powszechna walka nie zawrzała na placu. Ale oba stronnictwa były pozbawione wodzów, Korsykanie zaś, karni w swoich wybuchach, rzadko dochodzą do czynnych zatargów w nieobecności głównych sprężyn wojen domowych. Zresztą Kolomba, którą powodzenie natchnęło rozwagą, powściągnęła małą załogę:

— Pozwólcie płakać tym biednym ludziom — rzekła — pozwólcie temu starcowi zabrać swą padlinę. Na co zabijać starego lisa, który nie ma już zębów, aby gryźć? — Giudice Barricini! Przypominasz sobie drugiego sierpnia! Przypominasz sobie krwawy portfel, na który ściągnąłeś swą rękę fałszerza! Ojciec zapisał tam twój dług, synowie twoi spłacili go. Kwituję cię z długu, stary Barricini!

Kolomba, ze skrzyżowanymi ramionami, z uśmiechem wzgardy na ustach, patrzyła, jak wnoszą trupy do domu nieprzyjaciół, oraz mierzyła oczyma tłum, rozpraszający się powoli. Zamknęła drzwi i wracając do jadalni, rzekła do pułkownika:

— Przepraszam pana bardzo za moich ziomków. Nie przypuszczałabym nigdy, aby Korsykanie zdolni byli strzelać do domu, gdzie znajdują się cudzoziemcy. Wstyd mi za mój kraj.

Wieczorem, skoro miss Lidia udała się do swego pokoju, pułkownik podążył za nią i spytał, czy nie uczyniliby lepiej, opuszczając od jutra wioskę, gdzie w każdej chwili można dostać kulą w głowę, jak najśpieszniej zaś kraj, gdzie ogląda się same jeno mordy i zdrady.