— Ależ jest tak późno!... A Orso, cóż on pomyśli o mnie?
— Pomyśli, że przyjaciele go nie opuścili, i doda mu to odwagi do zniesienia cierpień.
— A ojciec będzie tak niespokojny...
— Wie, że jesteś ze mną... No więc! Namyśl się... Oglądałyśmy jego portrecik dziś rano — dodała z przebiegłym uśmiechem.
— Nie... doprawdy, Kolombo, nie śmiem... ci bandyci, tam, przy nim...
— No i cóż! Bandyci nie znają cię, o cóż chodzi? Miałaś ochotę ich zobaczyć!
— Mój Boże!
— Prędko, miss Lidio, decyduj się. Zostawić cię tu samej nie mogę; nie wiadomo, co mogłoby się zdarzyć. Chodźmy zobaczyć Orsa albo też wracajmy razem... Nie zobaczę brata... aż Bóg wie kiedy... może nigdy...
— Co ty mówisz, Kolombo?... A więc chodźmy! Ale na minutę tylko i natychmiast wracamy.
Kolomba ścisnęła jej rękę i bez słowa odpowiedzi zaczęła iść z taką szybkością, że Lidia ledwie mogła jej nadążyć. Szczęściem Kolomba zatrzymała się niebawem, mówiąc do towarzyszki: