Ręka znów chciała się wymknąć, ale Kolomba przyciągała ją wciąż bliżej Orsa.

— Ależ — mówił ranny — dlaczegóż mi nie odpisała? Jeden jedyny wiersz, a byłbym zadowolony.

Ciągnąc uparcie rękę miss Lidii, Kolomba włożyła ją w końcu w dłoń brata. Wówczas, usuwając się nagle i parskając śmiechem, zawołała:

— Orso, strzeż się, byś nie rzekł czego złego o miss Lidii, bo ona rozumie bardzo dobrze po korsykańsku.

Miss Lidia cofnęła natychmiast rękę; wyjąkała kilka niezrozumiałych słów. Orsowi zdawało się, że śni.

— Pani tu, miss Nevil! Mój Boże! Jak pani się odważyła! Ach, jakiż ja szczęśliwy!

I podnosząc się z trudnością, starał się zbliżyć do niej.

— Towarzyszyłam pańskiej siostrze — rzekła miss Lidia — aby nikt nie mógł podejrzewać, dokąd idzie... a przy tym... chciałam także... upewnić się... Mój Boże, jak panu tutaj niewygodnie!

Kolomba siadła za Orsem. Podniosła go ostrożnie, podtrzymując głowę brata na kolanach. Okoliła mu ramieniem szyję i dała miss Lidii znak, by się zbliżyła.

— Bliżej! Bliżej! — rzekła. — Nie trzeba, aby ranny nadto podnosił głos.