Prasie nie należy więc wierzyć, ale w dobrym tonie jest ją czytać. Gazet nie czytają tylko debile, jak twierdził pan Jonasz, bo debilom wystarczy internet. Dlatego też każdego ranka zaraz po pierwszym piwie brał się do prasówki wraz z Szegim, Prezydentem i Ryżym Iwanem. Zrzucali się na zakup „Faktu”, siadali na ławeczce przy ulicy Kolejowej, tuż obok budy z najlepszymi zapiekankami na świecie, i komentowali szczegółowo każdy artykuł i każdy nagłówek krzyczący literami czarnymi, czerwonymi lub białymi, wszystko, aż po gołą babę na ostatniej stronie. Czasem, jak mieli więcej pieniędzy, kupowali też dębickie „Echo”, zwłaszcza we wtorki, kiedy pisano dużo o sporcie, a w weekendy też „Gazetę Krakowską”. Chyba że padał deszcz albo któryś z mężczyzn musiał iść do pracy, co na szczęście nie zdarzało się często.
Pan Jonasz pracować nie musiał, brał rentę z ZUS-u. Wiele lat temu stracił prawie całą stopę i chromał. Jak wielu starszych ludzi, lubił opowiadać w kółko tę samą historię: używał tych samych słów i nawet przerwy na oddech robił w tych samych momentach, przez co cała ta jego gędźba nabierała liturgicznego charakteru. Stopę stracił więc podobno jeszcze w ubiegłym wieku, kiedy pewnego dnia wybrał się nad zalew w Chotowej ze swoją towarzyszką. W tych czasach pan Jonasz nie był jeszcze stary i zniszczony wódą, więc często miewał towarzyszki na dłużej i na krócej. Siedzieli sobie tedy na drewnianym pomoście, dyndając nogami. Pachniało słońce, pachniało owocowe wino w oddechu pana Jonasza i jego towarzyszki, pachniała woda, i nagrzane deski pomostu też pachniały. Dołem przemykały małe rybki, jak słoneczne refleksy zagubione w zielonej toni. Było południe, południe lata i południe życia pana Jonasza, bo każdy w swoim życiu ma taki czas, spokojny i szczytowy, po którym już tylko w dół, ale pan Jonasz wtedy tego jeszcze nie wiedział. Wtem woda pod pomostem wzburzyła się, rybki rozpierzchły we wszystkie strony, a z topieli wyskoczył szczupak, skurwiel długi na szerokość ramion i gruby jak udo. Pan Jonasz ręce ma dość długie, a uda raczej chude, ale ryba i tak musiała być zaiste imponująca. Chlast, prask, raz tylko potwór kłapnął paszczą i stopy nie ma, tylko zasikany krwią kikut i świdrujący pisk towarzyszki. Tak to wielka ryba pożarła pana Jonasza, może nie w całości, ale wystarczająco, by mu utrudnić i uprzykrzyć wiele spraw. Razem z tą stopą pożarła dużą część jego życia.
Szegi nieodmiennie stwierdza, że pan Jonasz pierdoli i że stopę ujebał sobie po pijaku szlifierką. Prezydent myśli wtedy, że tamten po prostu zazdrości kompanowi. Szegi bowiem nie ma własnej historii. Mógł mieć, ale siły większe od niego zdecydowały inaczej. Z końcem lat osiemdziesiątych miał zostać kierowcą ciężarówki w Igloopolu, kombinacie produkującym wszystko, co dało się zjeść, od konserw, przez mrożonki warzywne, po oranżady i napoje owocowe z odpowiednią dawką chemii. Fucha jakich mało. Wszystko już było załatwione po znajomości i za odpowiednią ilość wódki wypitej z kim trzeba, bo tak się wtedy takie sprawy załatwiało. Miał więc Szegi być tym kierowcą, ale nie został, bo przyszła transformacja, Igloopol rozleciał się na kawałki, które rozdrapano albo sprzedano byle komu. Parędziesiąt tysięcy osób straciło pracę. Stracił i Szegi, zanim ją dostał. Zaczął pić i pił tak, że nie wytrzeźwiał porządnie już nigdy. Odebrano mu prawo jazdy na ciężarówkę, zrobione jeszcze w wojsku, i oficjalnie został nikim. Jest w Dębicy takich Szegich bardzo wielu, ale w tej opowieści pojawi się tylko ten jeden; wystarczy.
Prezydent nie rozumie, czemu neguje on każde słowo pana Jonasza, czemu tak boli go bycie nikim i nieposiadanie historii. Historia to coś, co składa się z bólu i cierpienia, a brak to po prostu brak i trudno, żeby bolał. Prezydent sam ma pewną historię, choć wolałby nie mieć, i dobrze wie, jak to jest. Dziwne siły rządzące światem — Bóg albo coś jeszcze gorszego — nie pytały go nigdy o zdanie. Szanuje jednak, że Szegi myśli inaczej, i nie mówi nic, co zwykle świetnie mu wychodzi. Podobnie Ryży Iwan. Ryży Iwan bardzo rzadko się odzywa, jest bowiem psem.
Tak się tedy wydarzyło, że pewnego letniego poranka — a był to dzień o zapachu gumy — do pana Jonasza, Szegiego, Prezydenta i Ryżego Iwana podeszła redaktorka lokalnego dziennika. Rozpoznali ją od razu, bo przecież nie byli ograniczonymi chamami i czytali tę gazetę od czasu do czasu, mimo że nie było w niej gołych bab. Speszyli się i każdy schował swoją butelkę, gdzie tylko mógł — pan Jonasz za pazuchę, Prezydent za nogę ławki, a Szegi, który siedział pośrodku i nie miał gdzie podziać piwa, wydudlił je na raz i udawał, że butelka od początku była pusta, a on wcale nie pił. No bo to przecież trochę wstyd tak pić od samego rana, wszyscy czterej o tym wiedzieli, choć przecież robili tak od lat.
A pani redaktor Jowita Popiel zachowała się z klasą i nic nie wspomniała o piwie. Zapytała tylko grzecznie, czy chcieliby porozmawiać z nią o braku perspektyw w Dębicy, bo akurat pisze o tym felieton.
— I że jak, że co, że niby my perspektyw nie mamy, tak? Bo po nas od razu to widać, więc sru, można tak po nas jeździć i obsmarowywać po gazetach?!
— Zawrzyj gębę, kretynie. Pani wybaczy, ale kolega Szegi ma język prędszy niż głowę. Dlatego nie zawsze mówi to, co myśli naprawdę, bo kiedy mówi, to jeszcze nie do końca wie, co myśli. — Pan Jonasz uśmiechnął się promiennie. Być może temu uśmiechowi zawdzięczał niegdyś swe powodzenie, bo zęby pana Jonasza były szlachetnej barwy kości słoniowej; przynajmniej te, które miał.
— Co ty, kurwa, pierdolisz...
— Wyrażaj się. A Dębica wcale nie jest miastem bez perspektyw. Nowe inwestycje powstają, nowy dworzec mamy, no i nowe osiedla się buduje, więc przecież ktoś musi te mieszkania kupować. A skoro kupuje, to znaczy, że ma za co...