— Gówno prawda, nic nie ma, wszystkie perspektywy za transformacji skurwysyny rozkradli.

— Niech pani usiądzie. — Prezydent odezwał się po raz pierwszy tego ranka i zrobił na ławce miejsce dla pani Jowity.

— Dziękuję, nasiedzę się jeszcze w pracy. — Dziennikarka kucnęła, a Ryży Iwan bezczelnie wepchnął jej łeb pod ramię, domagając się głaskania. Pan Jonasz i Szegi nie zwracali już na nic uwagi, tylko jęli kłócić się zawzięcie, i pierwszy mówił, że perspektywy są na pewno, bo zawsze istnieje raczej coś niż nic, a drugi, że czerń, noc i ciemna dupa.

— To pana pies?

— Nie bardziej on mój niż ja jego. Tak naprawdę to jest swój własny. Ale trochę nam w życiu razem po drodze, więc pewnie można powiedzieć, że to mój pies.

Pani Popiel odgarnęła z czoła spadające włosy i przyjrzała się Prezydentowi z zaciekawieniem.

— A pan? Uważa pan, że w Dębicy są jakieś perspektywy?

— Niech tylko pani popatrzy wzdłuż Kolejowej. Widzi pani? Niskie domy, kamieniczki, podcienia i ten brzydki, stalinowski klocek po drugiej stronie. Smutek i melancholia ulicy jak u Giorgio di Chirico. Można by ćwiczyć rysowanie perspektywy. A pani mnie pyta o perspektywy w Dębicy. Znalazłoby się ich trochę, ale ta tutaj podoba mi się najbardziej. No i są też smaczne zapiekanki, a to nie bez znaczenia. Wieczorem przeceniają o połowę te, które im nie zeszły.

— Ciekawa... perspektywa.

— Prawda? Zwłaszcza jak na żula.