— Nie o to mi chodziło.

— Wiem. Tak naprawdę to pytała pani, czy są w tym mieście jakieś szanse na pracę, na godne zarobki, na, bo ja wiem, szkołę angielskiego dla dzieci, kurs tańca albo florystyki, albo na drogę bez dziur i tak dalej. Wszystkie te rzeczy, które mają albo robią ludzie w dużym mieście.

— Mniej więcej.

— No to chyba mamy to wszystko. Mam co jeść. Mam, póki co, gdzie mieszkać. Zimą mi nie za gorąco, latem nie marznę. Szkoły takie czy siakie też w mieście są i może nawet znalazłaby się jakaś droga bez dziur.

Jowita Popiel usiłowała coś powiedzieć, ale Prezydent gestem nakazał jej milczenie. Ryży Iwan nastawił uszu i zawarczał z głębi piersi, ale i on został uciszony.

Nie wiadomo skąd, może z zakamarków pod obluzowaną kostką brukową, a może z jakiegoś dziwniejszego jeszcze miejsca, wychynęła bura mysz z pręgą na grzbiecie. Stanęła na zadnich łapach i jęła węszyć, jakby sprawdzała, czy dziś jest dzień gumowy czy kurzy. Prezydent podał jej kawałek wczorajszej zapiekanki. Mysz, o dziwo, nie spłoszyła się, tylko uważnie obwąchała czerstwe pieczywo z odrobiną pieczarek i wyrobu seropodobngo, po czym porwała go i znikła gdzieś w mysich światach, jakby jej nigdy nie było. Pogrążeni w kłótni pan Jonasz i Szegi nawet jej nie spostrzegli.

Redaktorka długą chwilę wpatrywała się w pustkę po myszy, zanim zapytała:

— Znajdzie pan czas, żeby jeszcze trochę porozmawiać, panie...

— Prezydent.

— Panie Prezydencie? — Pani Popiel nawet się nie zająknęła i Prezydentowi trochę się to spodobało.