— Źle.

— Czyli jak zawsze. Całe szczęście, bo już zaczynałem się o ciebie martwić.

— Muszę wracać, skoro mnie nie zeżrecie.

— Dokąd chcesz wracać?

Prezydent nie wiedział. Milczał.

— Już dawno nie przynależysz do świata ludzi. Właściwie to nigdy cię tam nie chcieli. Czemu nie pójdziesz z nami? Idziemy w nieskończoność.

Prezydent uniósł się na łokciach. Wstał z trudem, obolały, ubłocony i w ogóle niepodobny do człowieka.

— Idę w ślad za wami.

Poszli. Iwan wesoło merdał ogonem.

Uhryń, Kraków