— Czemu mnie nie gryziesz?! — ryknął, ale przerażona mysz nawet nie pisnęła.
— Dlaczego mamy cię gryźć? — przemówiła w końcu jedna z myszy. — Służymy ci i strzeżemy cię. Do kogo pójdziemy, gdy nami wzgardzisz?
Prezydent dyszał ciężko. Chciał zabić mysz, którą miał w garści, lecz nie potrafił. Czy bowiem była winna, że urodziła się małym zwierzątkiem? On sam nigdy nie był niczym więcej. Wreszcie odstawił mysz na krawędź grobu nie grobu. Kilka innych zaraz jęło ją obwąchiwać, byle tylko móc poczuć woń Prezydenta.
Mężczyzna opuścił głowę w błoto. Zimne strużki gliny wlały mu się do uszu. Zamknął oczy.
— Dajcie mi umrzeć.
— Długo masz zamiar tak leżeć? — odezwał się Ryży Iwan. W mroku cmentarza wyglądał na znacznie większego i groźniejszego. Jak coś, co wyszło z nocy, co mieszka w ciemności i do niej przynależy.
— Ty też przyszedłeś sobie popatrzeć?
— Nie tylko ja.
I kiedy Prezydent uważnie wpatrzył się w czerń dookoła, dojrzał setki błyszczących oczu. Nie tylko mysich, ale i ptasich, szczurzych i żabich. Była też, jak mu się wydawało, jedna salamandra. Miał wrażenie, że wszystko, co w życiu pochował, co oddał ziemi, przyszło teraz do niego. Wzrok martwych stworzeń jarzył się dziwnym, podziemnym światłem, podobnym do blasku wierzbowego próchna.
— Jesteś, kim jesteś. Nie możesz być nikim innym — powiedział Iwan. — Jak tam głowa?