— Jak Popiele, to może myszy, hyhyhy — zarechotał Szegi.
— Durnyś, gdzie by ci myszy ludzi jadły. Prędzej szczury. Po całym mieście teraz trutkę rozkładają, no nie pamiętam takiej akcji. Prezydent? E, coś ty taki blady? Siostro? Jasny kogut, siostro!!!
Do wieczora Prezydent jakoś się pozbierał, choć nie bardzo chciał. Od leków uspokajających myśli strasznie się kleiły i poruszały pod czaszką dwa razy wolniej niż zwykle. To mu nie przeszkadzało. Wiedział, co musi zrobić.
Poczekał do północy, gdy zrobiło się już całkiem cicho i spokojnie. Inni pacjenci spali już w najlepsze, pielęgniarki chichrały się z filmików w telefonie, lekarz zamknął się w dyżurce i też najpewniej spał. Ostrożnie, nie robiąc więcej hałasu niż duży kot, Prezydent wymknął się z oddziału tylnym wyjściem i nieużywaną zwykle klatką schodową dotarł na parter. Choć potrafił przemykać się cicho jak myszka, to ochroniarzy nie mógł już tak łatwo ominąć. Cofnął się więc ostrożnie na klatkę i otworzył niskie, poziome okno na półpiętrze. Okno miało kratę z kłódką, ale to nie była żadna przeszkoda dla Prezydenta, któremu kiedyś zdarzało się włamywać na ogródki działkowe i kraść kosiarki i radia, które potem sprzedawał na bazarze koło stadionu Wisłoki. Pogmerał trochę w zamku spinką do włosów znalezioną dzień wcześniej na korytarzu, póki kłódka nie szczęknęła i nie puścił zatrzask. Gdy uchylił okno, w szpitalny zaduch wdarł się zapach nocy i deszczu. Nie czekając, aż ochrona się zainteresuje, wyskoczył na zewnątrz. Wylądował w zeschłej trawie, dość miękko, ale w głowie i tak coś łupnęło i zamroczyło go na chwilę. Chłód i drobny deszcz orzeźwiły go jednak niebawem i prędko wymknął się z terenu szpitala przez dziurę w płocie, w najciemniejszym miejscu od strony parku.
Dębica jest miastem, które po północy można przemierzyć z jednego końca na drugi i ani razu nie wejść w krąg światła rzucanego przez latarnie, jeśli tylko wie się jak. Zataczając się lekko, bo głowa wciąż bolała i chciało mu się rzygać, Prezydent ruszył przez park, a potem wzdłuż torów kolejowych, omijając szerokim łukiem dworzec. Wiadomo, że człowiek w szpitalnej piżamie i z wenflonem w dłoni budziłby zainteresowanie, a nie chciał natknąć się na sokistów ani tym bardziej na przypadkowy patrol policji. Szedł więc ostrożnie i nie spieszył się, choć padało coraz mocniej. Zdążył całkiem przemoknąć, gdy minął osiedle kwadratowych domów i dotarł pod tylny mur cmentarza. Przesadził go nie bez trudu, choć mur nie był tutaj bardzo wysoki. Całe ciało Prezydenta ogarniało drżenie i czuł, że ma gorączkę.
Znalazł miejsce pod murem. Pasowało do niego. W dzisiejszych czasach nie ma to już znaczenia, ale dawniej na uboczu chowano samobójców i innych ludzi, o których nie warto pamiętać. Gołymi dłońmi jął wygrzebywać dół. Ziemia, choć rozmiękczona deszczem, była gliniasta i pełna korzeni po starych modrzewiach, które nowy proboszcz kazał wyciąć i posadzić w ich miejsce tuje, żeby było odpowiednio cmentarnie. Wreszcie Prezydentowi udało się wykopać dołek głęboki na dwie dłonie i na tyle długi, że mieścił się w nim cały. Więcej grzebać nie miał siły.
Położył się na plecach i wył, wył straszliwie i zwierzęco i bluźnił temu, co na ziemi, i temu, co na niebie, i w ogóle wszystkiemu, co akurat słuchało. Zaciskał w dłoniach gliniaste błoto i wściekle tłukł całym ciałem jak w napadzie epilepsji.
— Żryjcie mnie, kurwy pierdolone, żryjcie mnie wreszcie, no na co wy czekacie?!
Myślał, że nie przyjdą. Przyszły. Otoczyły grób kręgiem i kornie spuściły głowy, trwając w milczeniu. Bo tak trzeba robić, kiedy jest się myszą.
Złapał jedną z nich w dłoń i ścisnął mocno. Mógłby zgnieść ją w jednej chwili. Czuł łomot jej serca, tak szybki, że nie sposób było wyczuć poszczególnych uderzeń. Nie broniła się.