— Że co? Że ja? Że ja, kurwa, pełnym zdaniem nie potrafię?!
— Chodzi o to, że felietonów raczej nie będzie, bo zdarzyło się nieszczęście — ciągnął pan Jonasz, nie zważając na krewkiego kompana. — Akurat wtedy, jak spadłeś z drzewa, męża pani Popiel znaleziono martwego.
Prezydentowi zrobiło się niedobrze.
— Martwego.
— To znaczy, najprawdopodobniej, bo nie dało się jednoznacznie zidentyfikować zwłok. Czekają na wyniki badań DNA. Cała Dębica tym żyje, nawet w „Fakcie” o tym pisali. W „Fakcie”, wyobraź sobie. Podobno wyglądało to tak, jakby został zjedzony przez zwierzęta.
— Przez zwierzęta — powtórzył Prezydent bezmyślnie.
Głos pana Jonasza pulsował w jego głowie, raz przybierał na sile, raz cichł, jakby dochodził z wielkiej dali.
— Bywały takie przypadki, nawet u nas. Na Łysogórskiej na przykład mieszkała kiedyś taka pokręcona babka, stara panna, co miała u siebie z siedemnaście kotów. Mnożyły się, jak to koty, no i śmierdziały, bo żadne zwierzę nie śmierdzi gorzej od kota, jak się zeszcza. Co jej opieka społeczna przy pomocy animalsów te koty odebrała, to ona zaraz pozbierała nowe po śmietnikach i diabli wiedzą jakich zakamarkach i w dwa tygodnie odbudowywała całą populację. Aż się babce zmarło, nagle, bo młoda była, tyle lat miała co ja teraz.
— Sto sześć — burknął Szegi.
— Morda w kubeł, imbecylu, grzecznie proszę. Może się zaczadziła, bo to była zima, a może cierpiała na jakąś chorobę. Nikt się nie dowiedział i nikt się nie dowie, bo jak opieka przyszła na dniach, to ona była całkiem przez te koty zjedzona. Ale Popiele podobno nie mieli kotów, a coś go obgryzło do gołej kości.