Codziennie udawało się Szegiemu wcisnąć Prezydentowi ukradkiem małpkę ze słodką wódką. Chory wypijał ją na raz wieczorem, gdy tylko gaszono światła. W życiu nic mu tak dobrze nie smakowało jak ta wódka, na której wypicie musiał cierpliwie czekać przez cały dzień. Butelkę chował między materacem a prześcieradłem, bo nie mógł wstawać bez pomocy rehabilitanta i nawet sikać musiał do tekturowej kaczki. Szegi zabierał pustą flaszkę następnego ranka. Nikt się w niczym nie zorientował: ani pielęgniarki, ani inni pacjenci.

Z dnia na dzień miał się Prezydent coraz lepiej i po jakimś czasie mógł już wychodzić sam do łazienki i na korytarz. Trochę mu było przykro, że przez cały ten czas pani Jowita Popiel nie odezwała się do niego ani razu. Ale przecież na pewno miała wiele pracy, a poza tym skąd miałaby w ogóle wiedzieć, że jest w szpitalu.

Gdy przyszedł piątek i pan Jonasz przyniósł lokalny dziennik, Prezydent przerzucił kartki w poszukiwaniu felietonu pani Jowity na szóstej stronie, ale nie znalazł. Przebiegł wzrokiem całą gazetę, ale dalej nic.

— Sport jest na końcu — podpowiedział Szegi.

— Nie ma felietonu?

— Jakiego, kurwa, felietonu?

— No... Jowity Popiel. Tej wiecie. Zawsze w piątki jest.

— Bo ty nic nie wiesz.

— Czego nie wiem? Gadaj!

— Szegi nie potrafi wypowiedzieć się pełnym zdaniem — wtrącił się do rozmowy pan Jonasz.