Zbiorowa pamięć, jeżeli sięga tej nocy, żywi się głównie epopeją Kompanii „Rudy” z Batalionu „Zośka”, razem około 60 młodych ludzi, opisaną pierwotnie przez Aleksandra Kamińskiego77, a wyśpiewaną przez Lao Che w niezapomnianym „Przebiciu do Śródmieścia”. Ludzie pod dowództwem Andrzeja „Morro” Romockiego78 najpierw przebijają się w nocy przez ul. Bielańską, potem cały dzień 31 sierpnia ukrywają się w podziemiach budynków i kolejnej nocy z 31 sierpnia na 1 września 1944 roku, udając oddział niemiecki, przekradają się przez teren nieprzyjaciela do Śródmieścia. W ostatnim momencie Niemcy rozpoznają, że mija ich oddział powstańczy, a od Śródmieścia też padają pierwsze strzały, bowiem nikt tam ich nie oczekuje tej nocy. Ginie wtedy ostatni żołnierz z kompanii „Giewont” z batalionu „Zośka” — nikt nie wie, czy od polskiej, czy niemieckiej kuli. Dowodzący kompanią Andrzej Romocki „Morro” krzyczy wtedy w stronę powstańczych pozycji słynne słowa:
— „Ra-do-sław”, nie strzelać! Tu Starówka! Nie strzelać!
Dochodzą do swoich poranieni, kontuzjowani, ale żywi. Historia, która okazuje się cudem, wyjątkiem, bo przecież realia tamtej nocy wyglądały zupełnie inaczej.
Koncentrację i przegrupowanie do ataku zamierzano rozpocząć 30 sierpnia po zmroku, co dawało bardzo mało czasu na zmontowanie natarcia. Jak uważa Antoni Przygoński, zdecydowano tak właśnie dlatego, żeby ludność cywilna i ranni ze szpitali, których było na Starówce kilka, nie zorientowali się w sytuacji. A trzeba było ogołocić całe odcinki z obsady, żeby o oznaczonej godzinie zebrać wybranych ludzi i pododdziały na południowym skraju dzielnicy. Na wielu ulicach i barykadach pozostawiono tylko kilkuosobowe patrole, część pozycji na noc pozostała w ogóle nie obsadzona. Cała akcja miała być nie tylko przeprowadzona w nocy, ale i objęta najściślejszą tajemnicą przed mieszkańcami Starego Miasta.
Pierwszy rozpoczyna zejście do kanałów desant wyznaczony do ataku na Plac Bankowy. Jest około dwudziestej. To resztki dzielnego batalionu „Czata 49” — razem około 100, może 150 ludzi. Nie ma jasności co do tego, kto ostatecznie dowodził tym desantem. Pojawiają się dwa nazwiska — kapitan Zdzisław Zołociński ps. „Piotr”79 i kapitan „Motyl” — Zbigniew Ścibor-Rylski, obaj weterani z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Desant ma wyjść na raz trzema włazami, opanować plac, zaryglować ogniem trzech erkaemów wyloty i wystrzelić rakietę, sygnalizując siłom w Śródmieściu i na Starówce, że można zaczynać koncentryczne natarcie.
Zejście do kanałów ze sprzętem i uformowanie kolumny z przewodnikiem trwa trzy kwadranse. Tempo przemieszczania się w kanale wynosi średnio 500 metrów na godzinę. Spora część drogi to nie jest wielki kolektor burzowy, w którym Andrzej Wajda kręcił „Kanał” ale boczna odnoga, wysoka na 90 centymetrów i szeroka na 50, gdzie idzie się w kucki, w pochyleniu lub na czworakach, z bronią, którą trzeba chronić przed zanieczyszczeniem, żeby się nie zacięła, z amunicją, która ma wystarczyć na akcję. Tam nie udałoby się nakręcić żadnego filmu. I tak trzy do czterech godzin. Do oddziału nie dołączył na czas pluton telefonistów z aparatem i kablem. Na ich zejście do kanałów nie zezwolił major „Barry”, Włodzimierz Kozakiewicz80, dowódca oddziału żandarmerii strzegący włazów do kanałów. Po prostu nie uwierzył telefonistom, że idą na akcję i podejrzewał ich o próbę dezercji. Nie było w tym nic niezwykłego, bowiem nie dalej jak 28 sierpnia bez porozumienia z dowództwem Starówki kanałami odszedł trzystuosobowy oddział AL. Telefoniści na domiar złego nie mieli żadnych papierów, przepustek i nie było z nimi oficera, który by mógł za nich zaręczyć. I tak desant poszedł bez łączności z dowództwem.
O zmierzchu, wraz z ruchem luzowanych grup szturmowych w kierunku południowej części Starówki okazało się, że całej wielkiej tajemnicy nie udało się utrzymać nawet kilka godzin. Jak pisze Stanisław Podlewski w swojej książce Przemarsz przez piekło:
„Wieść rozeszła się lotem błyskawicy, wyrwała rzesze mieszkańców ze stanu beznadziejnego oczekiwania i otępienia. Każdy chciał wyjść z tego piekła. [...] Gdy tylko zapadł mrok — ze wszystkich schronów, piwnic i nor na pół zasypanych zwałami gruzu, zaczęły wynurzać się gromady ludzi z tobołkami i zawiniątkami. Idą przez ulice, o których świadczą już tylko wysokie zwały gruzu, czarne przewody kominów i zręby fundamentów. [...] Zewsząd niosą rannych. Na ramionach, na krzesłach, na stołkach, na noszach, na wózkach dziecięcych. [...] W pewnej chwili błysk rakiety rzuca snop silnego światła. Pod zwalonym balkonem stoi młoda kobieta. Do jej kolan tuli się dwoje małych dzieci. Oczy wypaliły jej odpryski z bomby zapalającej. Krwawe oczodoły przysłonięte opaską. Na czole świecą rany, w które wżarł się głęboko fosfor. Te maleństwa będą ją prowadzić?”
W tych warunkach nie ma możliwości, żeby oddziały poruszały się sprawnie. Ulice są wąskie i zagruzowane, jest ciemno i w tłumie rwie się spoistość oddziałów. Wyznaczony termin uderzenia z 23:00 zostaje przesunięty na 0:30, potem na 1:00, a potem jeszcze na 2:00. Nie ma jak powiadomić o tym Śródmieścia, bo chwilowo nie ma żadnej łączności z „Monterem”, goniec kanałami będzie szedł co najmniej dwie-trzy godziny. Dopiero o 3:00 nad ranem, w szarówce przed pierwszym brzaskiem, natarcie ze Starówki z niekompletnymi wciąż oddziałami w pierwszej linii rusza. Wtedy od półtorej godziny już bije się Śródmieście po drugiej stronie i nie ma już oczywiście mowy o żadnym zaskoczeniu.
Zanim jednak do tego dojdzie, oddział szturmowy „Czaty 49” dociera do włazów pod Placem Bankowym. Okazuje się, że dwa z trzech włazów są zablokowane, być może stoją na nich niemieckie pojazdy. Klapa trzeciego włazu ustępuje, ale wówczas prowadzący pierwszy oddział porucznik Cedrowski „Cedro”81 widzi, że wokół są rozstawione namioty i słyszy rozmowy w języku niemieckim. Okazuje się, że plac, który według informacji ze sztabu miał być wolny od zorganizowanych jednostek nieprzyjaciela, został wybrany na miejsce biwaku dla jakiegoś niemieckiego oddziału, a właz znajduje się centrum obozowiska. Poza tym wejście jednym włazem trwało trzy kwadranse, wyjście miało nastąpić trzema włazami, żeby jak najszybciej cały desant znalazł się na powierzchni. Ile zajmie opuszczanie kanału jednym włazem pod ogniem nieprzyjaciela? Pod włazem dochodzi do gorączkowej narady, a w związku z tym, że mówimy o kanale szerokości pół metra, wysokim na 90 centymetrów, w którym nie da się minąć, zaś dowódcy rozmieszczeni są wzdłuż linii swoich oddziałów — narada odbywa się na zasadzie głuchego telefonu, żołnierze podają sobie z ust do ust słowa dowódców. Z braku telefonu nie ma jak powiadomić własnego zgrupowania o tym, że na trasie przebicia jest większy oddział nieprzyjaciela. Przekazanie informacji gońcem mija się z celem, akcja powinna się zacząć zaraz, bo zbliża się pierwsza w nocy. Ostatecznie dowodzący desantem przyjmuje plan porucznika Cedrowskiego. Żołnierze będą opuszczać kanał jedynym włazem możliwie szybko w takiej kolejności, jak w nim stoją, przy czym następuje wymiana broni, ci na początku otrzymują pistolety maszynowe, żeby w razie czego gwałtownym ogniem osłonić kolegów wychodzących z kanału. Karabiny są podawane do tyłu. Niektórzy historycy twierdzą, że przemieszczali się ludzie z bronią, ale biorąc pod uwagę rozmiary kanału, raczej przekazywano sobie tylko broń. Wszyscy raczej wiedzą, że w tej sytuacji nie jest to plan niczego innego, jak samobójczego ataku, który ma dać czas kolegom ze Starówki przebić się do swoich.