„Cedro” wyskakuje ze swoimi ludźmi pierwszy. Początkowo udaje się po cichu wyjść kilkunastu ludziom. Zajmują pozycje wokół fontanny na placu (w miejscu fontanny po wojnie stanie pomnik Feliksa Dzierżyńskiego). Niestety w pewnym momencie ktoś wpada na Niemca, który zdaje się wstał za potrzebą i szedł w stronę latryny. Niemiec ginie od serii pistoletu maszynowego, ale wokół natychmiast rozpętuje się piekło. Krzyki, przypadkowe serie, wystrzały. Niemcy szybko orientują się, skąd się wziął desant. Biorą właz kanału pod ogień granatników i broni maszynowej. Kolejni żołnierze „Czaty” usiłują wyjść z włazu, żeby wesprzeć kolegów, ale padają ranni, inni — często też już ranni — wskakują do włazu z powrotem, prosto na głowy wychodzących. W którymś momencie komuś w tej kotłowaninie wypala zacięta wcześniej „Błyskawica” i cała seria rykoszetem odbija się od ścian kanału. Wreszcie ktoś przypadkiem z zewnątrz zatrzaskuje właz, ratując zapewne życie tym wewnątrz i skazując na śmierć tych, którzy zostali na powierzchni. Z podkomendnych porucznika „Cedro”, którzy wyszli na Plac Bankowy, po kilkunastominutowej walce wszyscy zostaną ranni lub zabici. Przeżyje jeden człowiek — amunicyjny Jan Pęczkowski ps. „Kamiński”82, który ukryje się w krzakach. Reszta zginie. Pozostali żołnierze „Czaty 49” zostają w kanałach, bez łączności z dowództwem.

O tym wszystkim nikt nie wie na Śródmieściu, gdzie oddziały czekają na umówioną rakietę. Około północy pułkownik Antoni Chruściel, ps. „Monter”, każe wystrzelić zieloną rakietę i czeka na odpowiedź Starówki. Ale sygnału ze Starówki nie ma. Około pierwszej w nocy słychać gwałtowną strzelaninę od strony Ogrodu Saskiego i Placu Bankowego, ale nie ma nadal rakiety. Wreszcie o 1:30 „Monter” daje rozkaz do natarcia. Oddziały ruszają, ale uderzenie nie rozwija się dobrze. Jedno z wydarzeń tej nocy opisuje Jan Nowak Jeziorański:

„Po półgodzinie pułkownik zaczyna się niepokoić. Nasze natarcie nie może jakoś ruszyć z miejsca. Decyduje się pójść do przodu i zobaczyć, co się tam dzieje — pisze Jeziorański w swej słynnej książce Kurier z Warszawy. — Towarzyszę mu krok za krokiem. Po drodze trzeba dokonywać akrobatycznych sztuk, do których nie jestem przysposobiony. [...] Docieramy w końcu do linii zniszczonych domów ulicy Krochmalnej, które wychodzą na Hale Mirowskie. Stąd właśnie miał nastąpić wypad. Przed pułkownikiem wyłania się z ciemności sylwetka młodego oficera. Melduje się dowódca plutonu, porucznik „Janusz”***.

— Co wy tu jeszcze robicie? — pyta ostro „Monter”. — Na co czekacie?

— Panie pułkowniku — próbowaliśmy. Minerki wysadziły dziurę w murze. Wyjść na tamtą stronę nie sposób. Niemieckie granatniki są wstrzelane w otwór i w podwórze.

— Spokojny dotychczas „Monter” nagle podnosi głos.

— Wykonać rozkaz. Ma pan natychmiast wykonać wypad. My tamtych bez pomocy nie zostawimy.

— Rozkaz, panie pułkowniku — odpowiada głucho „Janusz”.

Wspinam się znowu za Chruścielem po czymś, co było kiedyś klatką schodową i stajemy w wypalonym oknie. Pod nami o dwa piętra niżej studnia podwórka. Po lewej wypalone otwory okienne wychodzą na Hale Mirowskie czy może na plac Żelaznej Bramy. Podwórko pod nami zapełnia się powoli młodymi ludźmi. Rozpoznaję grupę dziewcząt, który wysadziły dziurę w murze. Nagle dzieje się coś straszliwego. W ten tłum młodych na dole wpada jeden granat, za nim drugi i trzeci, eksplodując na podwórku. Za nimi wybuchają butelki z benzyną przeznaczone na niemieckie czołgi. Słyszę przejmujące krzyki bólu i przerażenia. Przeważają głosy dziewczęce. Płomienie rozjaśniają w dole pod nami dantejską scenę: ruszający się kłąb rannych i palących się ludzi.

Zbiegamy na dół. Na pomoc pędzą patrole sanitarne z noszami. Oglądamy straszliwe żniwo. Wybuch granatów w tej ciżbie pokaleczył albo poobrywał nogi. Wynoszą żołnierzy martwych albo popalonych, dziewczęta z poobrywanymi stopami, a na końcu na noszach białego jak prześcieradło por. „Janusza”. Obie straszliwie krwawiące nogi trzymają się na strzępach ciała. Wpatruje się w pochylonego nad nim „Montera” i szepce: