— Rozkaz wykonałem, panie pułkowniku...”

Ze zgrupowań Starego Miasta tej nocy zginie lub zostanie rannych 300 młodych ludzi, nie mniej zginie lub zostanie rannych ze zgrupowań śródmiejskich. Nad ranem ci ze Starówki będą musieli dokonać najtrudniejszego zadania — wrócić po nieudanej operacji na opuszczone barykady i walczyć dalej. Nikt jeszcze nie wie, że dzień, który wstaje po tej upiornej nocy, będzie jednym z najtragiczniejszych w dziejach obrony Starówki i Powstania w ogóle.


I dalej w tę ciemność

31 sierpnia wstawał nad Starówką ponury. Około 6:00 rano trzeba było rozformować naprędce sklecone grupy szturmowe, na nowo poskładać z macierzystymi formacjami, wysłać te grupy na opuszczone pozycje bojowe. Panuje spory bałagan. Ciężko rannych wyniesionych w nocy wprost na ulice często już nikt z powrotem nie znosi do piwnic i powstańczych szpitali. Ludność cywilna także niechętnie wraca do swoich schronień. Wszyscy wiedzą, że stało się coś złego. Gdyby tylko Niemcy wiedzieli jak wygląda sytuacja, mogliby w zasadzie tego samego dnia złamać obronę i po prostu wejść na Stare Miasto bez większego oporu. Ale nie wiedzą. Są też chyba mimo wszystko wstrząśnięci gwałtownością nocnego ataku. Poza tym nie planowali szturmu Starego Miasta przez kilka dni. Im także brakowało ludzi, a trzeba pamiętać, że podstawowa zasada sztuki wojennej mówi, że atakujący umocnionego przeciwnika powinien mieć nad nim przewagę liczebną minimum jak jeden do trzech. Albo coś, co tę przewagę liczebną zastępuje.

Tego dnia zatem — na szczęście dla Powstańców — nie dojdzie do bardziej gwałtownych natarć. Będzie to samo, co zawsze — bombardowanie przez bezkarne Stukasy startujące z pobliskiego Okęcia po kilka, kilkanaście razy dziennie, ostrzał artylerii, w tym tej najcięższej, używanej do zdobywania twierdz jak moździerz typu „Karl” o nazwie własnej „Ziu”, monstrualnego kalibru 600 mm, strzelający pociskami o wadze 2170 kilogramów sztuka83. Większa w dziejach ludzkości była tylko armata kolejowa „Dora” kalibru 800 mm84 użyta do ostrzału Sewastopola. Do tego artyleria lżejszego kalibru, nebelwerfery85, haubice. Jeden z niemieckich korespondentów wojennych napisze, że „żadne miasto na świecie czegoś takiego nie doświadczyło”, chcąc podkreślić zaciętość walk i dzielność Wehrmachtu. Wyszło mu chyba inaczej.

W porannym chaosie po nocnym natarciu płk. Karol Ziemski „Wachnowski”86 sięga po najbardziej sprawdzone rezerwy ludzkie — pluton łączników zgrupowania „Gustaw” wystawiony przez Narodową Organizację Wojskową87. To chłopcy po dwanaście, czternaście, piętnaście lat, świetnie orientujący się w labiryncie gruzów i piwnic, często kursujący z rozkazami na pierwszą linię. Od pewnego momentu wykorzystywani byli nie tylko przez batalion „Gustaw”, ale także przez sztab Starówki. Pluton już wcześniej poniósł wysokie straty, zginęła ponad połowa młodocianych żołnierzy, w tym wielu 13 sierpnia 1944 roku na ulicy Kilińskiego przy eksplozji zdobytego przez Powstańców czołgu saperskiego. Teraz nadchodzi znowu ich godzina. „Wachnowski” wysyła ich z rozkazami w teren. Sytuacja zaś jest napięta również dlatego, że oddziały osłonowe, wystawione często przez autonomiczne organizacje, scalone z AK tylko na czas powstania — przestają ufać dowództwu. Rodzą się podejrzenia, że ich kosztem AK chce ocalić głównie „swoich”. I te jednostki o świcie samowolnie zaczynają opuszczać osłonowe pozycje, żeby — skoro przebicie się nie udało — na własną rękę szukać drogi do Śródmieścia kanałami. Gońcy „Gustawa”, ale także major „Jesion” oraz major „Róg”88, osobiście obchodzący pozycje, zawracający prośbą i groźbą odpływające oddziały, zaprowadzają do południa względny porządek.

Bliska dezercji jest 104 kompania syndykalistów polskich89, broniąca do tej pory dzielnie tzw. reduty „Dom profesorski”90. Kryzys rozładowuje osobiście major Stanisław Klepacz „Jesion”, ten sam, który jeszcze kilka dni wcześniej oświadczył, że nie zejdzie do kanału. Zaraz od 104 kompanii major „Jesion” udaje się do batalionu „Gustaw”, bowiem ten — uchodzący za żelazną rezerwę — oddział broniący skraju Starego Miasta w rejonie Placu Zamkowego też tego dnia przechodzi poważny kryzys moralny, jego żołnierze też chcą odejść kanałami do Śródmieścia. Jeden z pijanych żołnierzy batalionu NOW-AK „Gustaw” przystawia „Jesionowi” lufę do piersi, a ten odsuwa ją od siebie bez okazywania emocji. Zaraz za nim wszędzie postępuje pluton żandarmerii pod dowództwem „Barry’ego”, z bronią gotową do strzału, gdyby było trzeba.

Ludność cywilna próbuje wywieszać białe flagi, rozbierać barykady. Do takich aktów doszło m.in. na ul. Bonifraterskiej i Freta, gdzie wojsko użyło broni palnej przeciwko tłumowi. Nikt nie liczył ofiar, w opracowaniach mówi się o kilkunastu zabitych i rannych po stronie ludności cywilnej. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni taki incydent w dziejach Powstania. Przy innej barykadzie kobieta, podobno matka trzech synów, którzy wszyscy zginęli, wykrzykuje do jednego z żołnierzy: