— Oby cię pierwsza kula trafiła!

W tym samym czasie w kanałach pod terenem zajętym przez Niemców kryje się ocalona część żołnierzy „Czaty 49”, którym nie udało się dokonać desantu na Placu Bankowym. Po nieudanej akcji wychodzą z wąskiego kanału i docierają do kolektora, który ma wysokość 1, 7 m, a po bokach wąskie gzymsy, gdzie można usiąść. Większość z nich przysiada na tych gzymsach i od razu zasypia. Nad ranem wysyłają do dowództwa Starówki porucznika Jerzego Zabłockiego ps. „Igor”91 jako gońca z zapytaniem, co mają robić. Nie wiedzą ostatecznie, czy na Starym Mieście są jeszcze siły powstańcze, czy może już Niemcy, czy mimo ich niepowodzenia nocny atak się udał, czy nie. „Igor” dociera na Stare Miasto, spotyka pułkownika „Radosława”, który odsyła go do pułkownika „Wachnowskiego”, a ten wydaje rozkaz powrotu na Stare Miasto. „Igor” ponownie wchodzi do kanału i po wyczerpującym marszu odnajduje swój oddział i przekazuje rozkaz. W oddziale panuje konsternacja, ostatecznie po naradzie dowódcy „Czaty 49” umawiają się, że „Igor” wróci do „Wachnowskiego” i powie, że nie odnalazł już oddziału w kanałach, a jego koledzy odmaszerują do Śródmieścia. „Igor” zawraca i po kilku godzinach melduje się „Wachnowskiemu”, a ten przyjmuje jego wyjaśnienia za dobrą monetę. „Czata 49” odchodzi do Śródmieścia i wychodzi włazem przy ul. Wareckiej po całej dobie w kanałach.

Jeszcze przed południem na Stare Miasto dochodzi fonogram od „Montera”, dowódcy Warszawskiego Okręgu AK:

„Wytrzymajcie jeden, dwa dni. Mam pewne podstawy do zapewnienia wam pomocy”.

Rzeczywiście, Stare Miasto wytrzyma dwa dni i dwie noce, ale żadna pomoc już nie nadejdzie. Nikt chyba zresztą w nią już nie wierzył. Stare Miasto prosi o granaty, „Monter” odpowiada, że wyślą granaty, ale żeby wstrzymać ewakuację, Stare Miasto odpowiada, że transport granatów nie wadzi ewakuacji i po południu „Wachnowski” odpowiada, że wycofywanie ludzi kanałami będzie trwało, a na granaty i tak czeka dla grup osłonowych. Otrzymuje zgodę na dalszą ewakuację od „Montera” pod warunkiem, że ewakuowani będą tylko żołnierze posiadający broń. „Wachnowski” ignoruje to zastrzeżenie, zezwala na ewakuację lżej rannych, nieuzbrojonego personelu, garści cywilów. Razem do Śródmieścia przejdzie około 5000 ludzi, w tym około 100 jeńców niemieckich, na Żoliborz 800. Około 50, może 60 tysięcy, w tym ranni niebędący w stanie poruszać się o własnych siłach — zostaną na miejscu. Na ochotnika zostanie z nimi grupa sanitariuszek i lekarzy, często wbrew wyraźnym rozkazom — wykwalifikowany personel medyczny jest przecież w cenie.

W tych dniach coś ze złej sławy okrywa oddział żandarmerii powstańczej majora „Barry’ego”, który pilnuje wejść do kanału i musi powstrzymywać tłumy cywilów, rannych oraz innych ludzi nieprzewidzianych do ewakuacji. Trudno ocenić z perspektywy ciepłych kapci, szczelnego dachu i pełnej lodówki to, co się mogło wtedy dziać przy włazie, Wiadomo tylko, że przepustowość kanałów i warunki tam panujące wykluczały ewakuację chociażby znaczącej części ludności cywilnej, nie mówiąc o ciężko rannych. Są relacje, które mówią o tym, że żołnierze majora Kozakiewicza strzelali do cywilów i rannych tłoczących się wokół kanału. Inne relacje mówią o tym, że owszem strzelali, ale tylko w powietrze, a ludzie wokół włazów, stłoczeni nadmiernie, ginęli od bomb i ognia snajperów, szczególnie wokół włazu do głównego, wysokiego kanału na placu Krasińskich.

Bezkarne niemieckie Stukasy jak co dzień bombardują Stare Miasto. Nie ma ich wiele, latają w parach i kluczami, ale za to mają blisko. Bazują na Okęciu. Bywa, że naloty powtarzają się co piętnaście minut. Tego dnia bomby spadną jeszcze między innymi na Pasaż Simonsa92, obecnie częściowo zabudowany dziełem deweloperskim — w trakcie prac podobno nie natrafiono na ludzkie szczątki. Miron Białoszewski w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego pisze o tym zdarzeniu:

„Właśnie 31 sierpnia, jak się zaraz dowiedzieliśmy, Batalion „Chrobry”, ponad 200 ludzi, wrócił z akcji. Do siebie. Do piwnicy w Pasażu Simonsa (Nalewki przy Ogrodzie Krasińskich, dziś Bohaterów Getta). Wszyscy szybko się walnęli na swoje łóżka polowe i prycze. To znaczy nie tyle walnęli, ile zrobili ruch odchylania koca, żeby się położyć, i wtedy klops. Ocalało tylko czworo czy pięcioro. Ci też nie wiedzieli, chociaż przeżyli, kiedy — co — jak. Tyle że nagle bomby i się wali”.

Do dwustu żołnierzy zgrupowania „Chrobry I” trzeba doliczyć cywilów, którzy kryli się wszędzie, razem około trzystu osób. Po nalocie z batalionu zostaje żywych 50 ludzi. Tego samego dnia około 15:00 w klasztorze ss. Benedyktynek Sakramentek mimo zbliżającego się — buczenie lotniczych silników słychać w kościele — nalotu trwają przygotowania do uroczystej mszy. W tym dniu siostry obchodzą święto ustanowienia sakramentu Eucharystii. Do nabożeństwa szykują się zatem wyjątkowo sumiennie i w skupieniu. W podziemiach kościoła i klasztoru ukrywa się około tysiąca cywilów, w tym dzieci z zakonnych ochronek93, m.in. z ulicy Kościelnej 4. W jednej chwili seria bomb gruchocze sklepienia. Jakiś człowiek od obrony cywilnej podobno zdążył jeszcze krzyknąć, chcąc zapobiec panice: „Spokojnie, to tylko pękł główny filar!”. Ale w tej samej chwili druga seria bomb grzebie ich wszystkich w jednej stercie gruzów w trakcie nabożeństwa. Ze zwałowiska gruzów udaje się wydobyć 10 sióstr, przeoryszę i kilka cywilnych osób.

Dopiero 1 września z wydobywanych torturami z jeńców zeznań i dzięki sieci informatorów oraz szpicli Niemcy dowiadują się, jak głęboki kryzys przeżywa załoga Starówki. Tego dnia podejmują koncentryczny atak na Stare Miasto, który do wieczora zostaje odparty. Dramatyczne walki toczą się między innymi na Rynku Starego Miasta. 1 września nie ukazały się też po raz pierwszy powstańcze gazety na Starówce. Publicyści i redaktorzy, jeszcze wczoraj zagrzewający ludność cywilną do okazywania jedności z walczącymi, byli już w drodze kanałami do Śródmieścia.