Trzeba przyznać, że treść komunikatu została świetnie dobrana do daty 5 rocznicy wkroczenia sowieckiej armii na tyły zmagającej się z niemiecką nawałą armii polskiej, co jak wiadomo przekreśliło wszelkie plany przedłużonego stawiania oporu na tzw. „Przedmościu Rumuńskim”130, a w dalszej perspektywie, czego zapewne nikt jeszcze nie mógł wtedy przewidzieć, czystki etniczne, rzezie, wędrówki ludów. Zatem Radio Moskwa pokazuje światu dowody na to, że towarzysz Stalin miał rację, nazywając całe Powstanie „awanturą”. Na Pradze po sześciu tygodniach od wybuchu Powstania nie ma żołnierzy Armii Krajowej. Korespondent radia Moskwa nie umiał spojrzeć jak czterej pancerni i pies przez rzekę Wisłę. Może by wówczas coś zobaczył, kto wie.
Przez rzekę 17 września patrzyli na pewno obserwatorzy Armii Wojska Polskiego, wielu polskich żołnierzy w czapkach z orłem bez korony, zwanym pogardliwie przez Powstańców „gapą” (bo zgubił w locie koronę). Ze szczególnymi emocjami, zapewne ze śmiertelnym strachem, będą za rzekę patrzyli polscy żołnierze z 3 Dywizji Piechoty imienia Romualda Traugutta131. Od dwóch nocy kolejni z nich, szczególnie ci z 9 Pułku piechoty, przeprawiali się na drugi brzeg do Powstańców i znikali w kurzawie, kłębach dymu, huku dział, terkocie broni maszynowej. Przeprawiali się na łodziach, pontonach, łódkach rybackich. Pierwszej nocy udało się z zaskoczenia przerzucić około 420 ludzi z astronomicznymi jak na warunki powstańcze ilościami uzbrojenia, drugiej nocy z 16 na 17 września było to już tylko 390 ludzi, ale za to udało się przerzucić 5 armat przeciwpancernych i cztery moździerze, przerzucono też radiostacje i wyszkolonych operatorów, obserwatorów artyleryjskich, którzy ściągają ogień armat z prawego brzegu we właściwe miejsce. W drugą stronę ocalałe łodzie, pontony, piaskarki kursują z rannymi. Straty w parku przeprawowym wynoszą średnio 2 łodzie na każde 3 użyte jednostki.
W składach 1 Frontu Białoruskiego dowodzonego przez Konstantego Rokossowskiego jest dużo sprzętu przeprawowego, ale nie zostanie on uruchomiony. Armia Wojska Polskiego, niesłusznie po wojnie nazywana przymiotnikiem Ludowa, dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga, do końca będzie dysponowała tylko własnymi środkami przeprawowymi. Nie wesprze też jej żaden inny związek operacyjny 1 Frontu Białoruskiego. Mimo to Zygmunt Berling nawet 21 września, kiedy akcja na przyczółkach w zasadzie się załamie i będzie już prowadzona tylko ewakuacja, będzie słał do sztabu frontu entuzjastyczne raporty, jakby chciał sam siebie przekonać, że zaraz wyzwoli Warszawę. Po wojnie powstanie legenda o „samowoli” Berlinga, która została ukarana przez Stalina odwołaniem go z dowództwa AWP 30 września 1944 roku.
Rosyjski historyk Nikołaj Iwanow w książce „Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy” nie pozostawia jednak wiele wątpliwości. Ani Rokossowski, ani Berling nie mieli szans na żadną samowolę, każdy krok był sankcjonowany przez Stalina. Obu przedstawia jako dobrych, stalinowskich janczarów. Obaj urodzeni Polacy, obaj źle mówiący po rosyjsku, obaj na pewnym etapie aresztowani przez NKWD i wypuszczeni — stali się bardziej wiernopoddańczy niż rodowici Rosjanie. Przy czym Rokossowski od najmłodszych lat związany był z ruchem robotniczym, lewicowym, w zasadzie od 1914 nie mieszkał w Polsce, a swoje imię nadane mu na chrzcie — Kazimierz — przekręcił na Konstanty, zakłamując też otczestwo. Nie należy sądzić, żeby NKWD i Stalin nie wiedzieli o tym, kim jest rzekomy Konstanty Konstantynowicz (powinno być Kazimierz Ksawerowicz) i że w Warszawie mieszka jego rodzona siostra, Polka Helena Rokossowska, że pradziadek marszałka ZSRR, uczestnika bitew pod Kurskiem, Moskwą, Stalingradem, był oficerem jazdy Księstwa Warszawskiego za księcia Poniatowskiego, a dziadek, zubożały ziemianin z Wielkopolski, brał udział w Powstaniu Styczniowym. Kierownictwo ZSRR musiało wiedzieć i nie powinno dziwić, że w czasie Wielkiej Czystki nie ominęło Rokossowskiego aresztowanie. Trzy lata był pod śledztwem, wybito mu oko, dziewięć zębów, złamano trzy żebra, miażdżono palce u stóp młotkiem, symulowano kilkukrotnie rozstrzelanie. Nie załamał się, nie podpisał przyznania się do winy, nikogo nie wymienił jako wspólnika. Po wyjściu z aresztu stał się najwierniejszym z wiernych oficerów Stalina. I jednym z lepszych dowódców. Miał opinię dowódcy, który miał sporą lotność operacyjną, nie znosił rzeźnika Żukowa132 i brał pod uwagę życie podkomendnych, którego to czynnika większość sowieckich generałów i marszałków nie przeceniała. Był taki dowcip frontowy, że Żukow wynalazł nową strategię walki z Niemcami — czterowarstwową. Pierwsze trzy warstwy trupów wyrównują nierówności terenu, a czwarta idzie do ataku. Podobno Rokossowski był inny.
Zygmunt Berling był żołnierzem Legionów Piłsudskiego, w 1926 roku w czasie Zamachu Majowego stanął po jego stronie, awansowany na kolejne stopnie w II R. P., zdymisjonowany 31 lipca 1939 roku ze stanowiska dowódcy 4 Pułku piechoty Legionów. Po wojnie twierdził, że odszedł na własną prośbę, ale zapiski jego ówczesnego przełożonego — Stefana Grota-Roweckiego133 — wskazują jednak, że dopuścił się sporych zaniedbań. Istnieją też relacje, że koledzy zostawili mu na biurku naładowany pistolet, żeby jako honorowy oficer z niego skorzystał. Wojnę 1939 roku przeżył jako rozbitek bez przydziału, 4 października aresztowany przez NKWD i zatrzymany w Starobielsku, gdzie zgodził się na współpracę ze śledczymi, co go ocaliło od losu większości polskich oficerów ze Starobielska. Po wyjściu z obozu w Griazowcu dążył cały czas do powstania polskiej jednostki wojskowej przy boku Armii Czerwonej, pisząc przy okazji wiernopoddańcze listy do Stalina. Dziwne, ale generał Anders, wyznaczony na dowódcę Polskiej Armii w ZSRR, powierzył mu odpowiedzialną funkcję szefa sztabu 5 Dywizji Piechoty. Po podjęciu decyzji o wyprowadzeniu polskiej armii do Persji, Berling opuścił szeregi polskiego wojska i został w ZSRR. Polski sąd wojskowy uznał to za dezercję i skazał go na śmierć. W nagrodę Stalin powierza mu w 1943 roku dowództwo na nowo tworzonego Wojska Polskiego, które ma być posłuszne nowemu, komunistycznemu rządowi. Rekruci ci sami, co u Andersa: zekowie, łagiernicy, zesłańcy. Oficerów brak, ale dość jest takich jak Rokossowski, Rosjan o polskich korzeniach — i takich się kieruje do 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.
Dywizja Piechoty dowodzona przez Berlinga bierze udział w bezsensownej z operacyjnego punktu widzenia i pozbawionej znaczenia Bitwie pod Lenino w październiku 1943 roku. Bitwa była źle przygotowana, nie najlepiej dowodzona tak na poziomie pułków, jak i dywizji czy armii. Straty w zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli wyniosły ponad 3000 ludzi przy ogólnym stanie dywizji razem ze służbami i jednostkami niebojowymi około 12000 ludzi, 1 pułk piechoty stracił 1600 ludzi, a jego dowódca utracił łączność ze swoimi oddziałami. Dywizja została po tej bitwie wycofana z linii, a teren przez nią zdobyty został utracony i trzeba go było zdobywać od nowa, kiedy ruszyła właściwa ofensywa. Drogą kolejnych poborów i naborów, mniej lub bardziej przymusowych, dywizja rozwinęła się w korpus, a następnie w armię. Jej debiutem jako całości po Lenino była próba forsowania Wisły pod Puławami i Dęblinem między końcem lipca a 6 sierpnia 1944 roku. Jak widać — forsowanie Wisły zdecydowanie było w planach dowództwa radzieckiego przed wybuchem Powstania. Niemniej jednak był to nieudany desant, poparty niezdecydowanym, kiepskim dowodzeniem. Teraz, pod Warszawą, jak się wydaje, powtarza się historia spod Lenino, Puław, Dęblina — słaby desant, słabe dowodzenie, brak wsparcia ze strony radzieckich towarzyszy broni, ciężka danina krwi zwykłych żołnierzy i młodszych oficerów.
Nie wiadomo, czy Rokossowski był nad brzegiem Wisły, czy patrzył na miasto, którego nie widział od trzydziestu lat, czy myślał o niewidzianej od trzydziestu lat siostrze Helenie, która przeżyje Powstanie i dopiero po wojnie z gazet dowie się, że jej brat został marszałkiem ZSRR. Wiadomo, że jeszcze we wrześniu 1944 roku opracował autorski plan zdobycia Warszawy przez 1 Front Białoruski i przedstawił go Stalinowi. Tymczasem Stalin osobistym rozkazem 30 września 1944 roku odwołał Berlinga ze stanowiska dowódcy Armii Wojska Polskiego. Być może chodziło o błędy w dowodzeniu, chociaż bywali dowódcy, którzy popełniali większe błędy. A może chodziło o to, że Berling personalnie nie znosił się z Rokossowskim, podejrzewając go, że ten chce zamienić Polskę w siedemnastą Republikę ZSRR, a nie w państwo satelickie. Rokossowski z kolei był jak najgorszego zdania o talentach wojskowych i organizacyjnych Berlinga. Stalin tymczasem 12 listopada usunął też Rokossowskiego z eksponowanego stanowiska dowódcy 1 Frontu Białoruskiego, który oddał Żukowowi. Swojego polskiego janczara przeniósł na mniej eksponowane stanowisko dowódcy 2 Frontu Białoruskiego (kierunek Pomorze, Prusy Wschodnie). I wreszcie kiedy Józef Wissarionowicz kadrowo wszystko uporządkował — 28 listopada 1944 roku zaaprobował przygotowany przez Rokossowskiego plan strategicznego forsowania Wisły i „wyzwolenia” Warszawy. To był dobry plan i przydał się. W styczniu 1945 roku.
Przypomina się tutaj puenta wiersza Jacka Kaczmarskiego134 Czołg, w którym jedyną istotą, która chce iść na pomoc Powstaniu po drugiej stronie rzeki jest maszyna, czołg, tank, który nie rozumie, dlaczego stoi, kiedy za rzeką toczy się śmiertelna walka.
Dajcie mi wgryźć się gąsienicą w fale śliskie
I ogniem swoim dajcie wesprzeć barykady!