Kanały. Koniec jest bliski
Mokotów upadł w ciągu trzech dni. Nikt tego się nie spodziewał. Spodziewano się zapewne podobnego przebiegu walk jak na Czerniakowie czy Starym Mieście. Uporczywej, wielodniowej obrony. Oceniając szybki upadek Mokotowa, nikt nie wziął pod uwagę tego, że Starówka miała zwartą zabudowę, ułatwiającą improwizowaną obronę, że bronili się tam najlepsi z najlepszych, jeszcze wypoczęci, pełni sił. Zgrupowanie „Radosława” na Mokotowie liczyło niespełna 200 ludzi, w większości rannych, kontuzjowanych. 200 ludzi z 2300, ilu liczyło 1 sierpnia. Niemcy w sierpniu dysponowali głównie formacjami policyjnymi, kolaboranckimi o niskim morale i słabym wyszkoleniu. Von Dem Bach praktycznie nie dysponował też w sierpniu większymi siłami pancernymi ani — co też istotne — piechotą potrafiącą współdziałać z czołgami w warunkach walk miejskich. Powstańczy Mokotów, pozbawiony zwartej zabudowy, o szerokich, trudnych do zabarykadowania czy trwałego zablokowania arteriach komunikacyjnych, starł się z jednostkami frontowymi, razem około 9000 doświadczonych żołnierzy wspartych czołgami, lotnictwem i artylerią. Dowódca obrony Mokotowa, płk. Józef Rokicki, miał około 2000 uzbrojonych ludzi, o wiele za mało, żeby móc się skutecznie bronić dłuższy czas. Brak wyczucia sytuacji i oderwane od realiów rozkazodawstwo głównego dowództwa oraz braki w łączności wzmogły tylko chaos. I do tego ten rozgardiasz przed kapitulacją. Ruch zawsze spóźnionych depesz między dowództwem obrony dzielnicy a Dowództwem Okręgu via Londyn albo poprzez łączników w kanałach. Droga kanałami na Mokotów była jedną z dłuższych tras, w obie strony wyszkolonemu łącznikowi zabierała około 8–12 godzin. Kiedy dowódca obrony Mokotowa płk. „Karol” depeszował 26 września 1944 roku, że zamierza się wycofać kanałami, „Monter” odpisywał, że kategorycznie odmawia i żąda wstrzymania ewakuacji ludzi do Śródmieścia, jednak jego depesze dotarły na miejsce, w linii prostej odległe o zaledwie kilka kilometrów, po kilku godzinach, kiedy ewakuacja kanałami już trwała. Zresztą już wcześniej w sposób na poły samowolny „Radosław” odesłał do Śródmieścia dwie grupy po kilkadziesiąt osób, głównie lekko rannych, i nie było jasności, czy osoby te odeszły z rozkazu, czy też wbrew niemu albo wobec braku tego rozkazu. Formalnie rzecz biorąc, do kanałów w normalnych warunkach mogły wejść tylko pojedyncze osoby wyposażone w specjalne przepustki. W szczególnych przypadkach mogły wejść zwarte oddziały — tak jak w czasie próby przebicia ze Starówki weszli żołnierze „Czaty 49”.
Początkowo akcja wycofania kanałami z Mokotowa wydawała się przebiegać normalnie. Został ustalony porządek wejścia do kanałów, włazy wejściowe i wyjściowe. Jednak już rano 26 września 1944 roku, kiedy pierwsza kolumna Powstańców zaczęła zejście do włazu przy ul. Wiktorskiej, nadleciał samolot i zrzucił bomby tak, że trafiły one w okolicę włazu i zasypały go. Udostępniono więc inny właz, prowadzący do trasy głównej na ulicy Szustra. Wokół włazu kłębił się tłum ludzi, wielu stawiło się ze sfałszowanymi przepustkami, panował chaos, żołnierze „Radosława” i „Baszty” musieli z bronią w ręku torować sobie wejście do włazów. Bardzo szybko okazało się, że otwarte zostały także inne włazy, prowadzące do bocznych kanałów, którymi ludzie ruszyli na własną rękę, bez przygotowania, pozbawieni wiedzy o tym, jak poruszać się w kanałach, bez przewodników. Pod ziemią tworzyły się coraz częściej zatory.
Tymczasem Niemcy już dokładnie rozpoznali znaczenie sieci kanałowej, co szczególnie im uświadomiło zniknięcie kilku tysięcy obrońców Starówki. Po zdobyciu Starego Miasta Niemcy odkryli też kabel telefoniczny, jakim porozumiewano się między Starym Miastem a Śródmieściem. Wzdłuż przewidywanych tras kanałowych Niemcy mieli otwarte włazy, wpuszczone w dół mikrofony i inne urządzenia nasłuchowe. Po powzięciu najdrobniejszych podejrzeń co do ruchu w kanałach wrzucali granaty, wsypywali karbid tworzący w reakcji z cieczą w kanałach trującą, duszącą, drażniącą oczy mieszankę, bywało że wlewali benzynę i podpalali.
Poziom ścieków w kanałach po pierwszych dniach sierpnia znacząco się obniżał w związku z tym, że wyłączone zostały z normalnego funkcjonowania całe dzielnice, żeby zatem utrudnić poruszanie się w kanałach, Niemcy próbowali tworzyć w kanałach zapory, tamy, często ubezpieczane uzbrojonymi patrolami, minami, potykaczami. Zapory składały się najczęściej z metalowych szyn obwiązanych drutem kolczastym zrzucanych jedna na drugą, okładanych workami z piaskiem, czasem workami z cementem, który twardniał od wilgoci. Jednak do końca powstania poza jednostkowymi przypadkami, bliżej zresztą nieznanymi i pozostającymi w bardziej sferze domysłów — ani Niemcy, ani podlegli im żołnierze formacji kolaboracyjnych nie zeszli do kanałów. Bali się.
W jednej z relacji niemieckich z Powstania była mowa o tym, że przed szturmem Mokotowa „zatajfunowano większość kanałów”, chociaż nie do końca wiadomo, co to mogło oznaczać. Taifun-gerät był ładunkiem wybuchowym na bazie pyłu węglowego, który miał dużo dłuższy czas spalania od trotylu i przeznaczony był do burzenia budynków. Prawdopodobnie w budynku wysadzonym przy pomocy środka Taifun 16 sierpnia 1944 roku zginął Tadeusz Gajcy. Podobno słychać było wcześniej odgłosy kucia pod ziemią i niezbyt głośną eksplozję, po czym niemal bezgłośnie dom zapadł się od strychu po piwnice. Co jednak miałoby oznaczać „zatajfunowanie” kanałów? Być może chodziło o to, że ponownie spodziewając się ożywionego ruchu w kanałach, Niemcy wsypali do niego dużą ilość karbidu, który w reakcji ze ściekami wytwarzał drażniące, duszące opary, a być może rzeczywiście wpuszczono do kanałów taifun-gerät, zamierzając je w całości wysadzić razem z Powstańcami. Istnieją także relacje wskazujące, że „zatajfunowanie” kanałów miało ograniczyć w nich ilość tlenu. Podobno w pobliżu „zatajfunowanych” odcinków nie chciała się zapalić żadna świeczka.
Poruszanie się w kanałach było utrudnione już z racji samej ich budowy. Miały one w przekroju kształt odwróconego jajka, w najwęższych miejscach o szerokości 60 a wysokości 90 cm. Dno nie było płaskie, ale nie dość, że półkoliste, to śliskie, co utrudniało pewne postawienie stopy. Pomagano sobie przy pomocy wymierzonych prętów, które blokowano poprzecznie o boki kanału i podciągano się na rękach. W ciemnościach i panice łatwo było stracić orientację. Tempo poruszania się grupy zdrowych ludzi w kanałach to — przypomnijmy — 500 metrów na godzinę. Byli oczywiście rekordziści jak 19-letnia Natalia Sendys ps. „Zyta”158, zwana „Królową kanałów”, która trasę ze Starego Miasta do Śródmieścia w jedną stronę pokonywała w 90 minut. Ale sama, bez grupy. Grupa musiała się poruszać gęsiego, jeden za drugim, często nie było możliwości wyminięcia się, nie było żadnej łączności z nikim wokół poza tym, że każda osoba w absolutnych ciemnościach trzymała się fizycznie poprzednika. Jeżeli ktoś opadał z sił, nie chciał iść — blokował całą kolumnę. Wiele zależało wówczas od osób prowadzących kolumnę, a były to często młode dziewczyny, o drobnej budowie ciała, tak jak Natalia Sendys „Zyta” czy Alina Mazurkiewicz z d. Dudzińska ps. „Myszka”159, która tak opisze jeden ze swoich kursów z rannymi na trasie ze Starówki do Śródmieścia:
„Szli wolno, coraz wolniej. Domyślałam się, że pewnie przed godziną leżeli jeszcze w szpitalu. Niektórzy z nich nie próbowali nawet chodzić. O kanałach i sposobie poruszania się w nich też nie mieli pojęcia. [...] Zaczęły się jęki, wrzaski, wreszcie klątwy. Wolniutko posuwająca się kolumna wreszcie stanęła. Byłam zrozpaczona, ale przede wszystkim wściekła. Nawymyślałam im od cywilbandy i rozhisteryzowanych bab. — Przecież my już zdychamy — powiedział jeden z najprzytomniejszych — Jaka różnica czy się zdycha na górze czy na dole? Nam już wszystko jedno. Byłam tego świadoma. Z ich punktu widzenia miał rację. Zebrałam wszystkie fizyczne i psychiczne siły. Jak im dowieść, że chociaż jest ich 25, często oficerów, a ja jedna, drobna smarkula [Alina Mazurkiewicz miała wtedy 19 lat] i to szeregowy, to tu, w kanale nie oni, ale ja dowodzę? Oczywiście zatrzymywali się pod studzienką, bo tam było wyżej i mieli choć odrobinę świeżego powietrza.
Odciągałam od tych studzienek, przeciągałam za klapy i włosy, by w wąskim kanale nawymyślać im ich własnym słownictwem. Czasem próbowali słuchać i tłumili jęki. Nigdy jednak nie trwało to długo. Za chwilę rozpoczynało się od nowa. Byli tak wyczerpani, że nie myśleli. Tak, ale ja odpowiadałam za drożność tego przejścia. Tą samą drogą miało przejść jeszcze dziesiątki takich grup. Jak im to wytłumaczyć? Ciągnęłam, pchałam i wbijałam w półprzytomne głowy, że żywych czy umarłych przeciągnę ich do wyjścia na ul. Wareckiej. Nikt nie może tu pozostać — żywy czy martwy. Widzieli zresztą wiele zwłok poupychanych w wąskie boczne kanały”.