Detektyw, drzemiący w każdym z nas, obudził się i głośno przemówił w panu Rollesie. Szybkim, nierównym krokiem, tak niepodobnym do jego zwykłego chodu, zaczął przechadzać się po ogrodzie. Kiedy przyszedł na miejsce, gdzie Harry przesadził mur, wpadły mu w oczy połamane krzaki i ślady nóg na ziemi. Dokoła leżały szczątki cegieł, a w odłamku butelki tkwił kawałek tkaniny, wyrwany ze spodni. A więc taką drogę do ogrodu obrał osobliwy przyjaciel pana Racburna.

A więc sekretarz generała Vandeleur w ten sposób przyszedł podziwiać ogród! Młody pastor gwizdnął cicho, oglądając grunt. Mógł określić, gdzie Harry zatrzymał się, padając, poznawał płaską stopę pana Racburna, która zostawiła głęboki ślad w chwili, gdy brał Harry’ego za kołnierz. Przyjrzawszy się jeszcze lepiej, zauważył ślady palców na ziemi, jakby tu coś zbierano.

„Daję słowo — pomyślał — to staje się całkiem ciekawe”.

I w tej chwili ujrzał jakiś przedmiot, prawie całkowicie zagrzebany w ziemi. Wygrzebał śpiesznie ozdobne pudełeczko skórzane ze złotym zamknięciem. Było one wdeptane w ziemię i dlatego uszło uwagi pana Racburna. Mr. Rolles otworzył pudełeczko i zaparło mu oddech ze zdumienia, połączonego prawie ze zgrozą, bo na zielonym aksamicie leżał przed nim wspaniały, cudowny diament najczystszej wody. Był wielkości kaczego jaja, pięknej formy i bez najmniejszej skazy. Gdy padał na niego blask słońca, zaczynał świecić jak lampka elektryczna i płonął na ręku tysiącem ogni wewnętrznych.

Mr. Rolles nie znał się na drogich kamieniach, ale Diament Radży był cudem, który przemawiał sam za siebie. Dziecko wiejskie, znalazłszy go, pobiegłoby z krzykiem do najbliższego domu, dziki zaś padłby twarzą w proch przed tak olśniewającym fetyszem. Piękno kamienia oczarowało wzrok pastora, myśl o jego bezcennej wartości opanowała go całkowicie. Wiedział, że wartość klejnotu, który trzymał w ręku, równała się wieloletnim dochodom arcybiskupstwa, że mógł zań zbudować katedrę wspanialszą niż w Ely lub Kolonii, że on, posiadacz tego klejnotu, byłby wolny na zawsze od klątwy ciążącej na ludzkości i mógłby żyć wedle swych upodobań, bez troski i pośpiechu, bez żadnych przeszkód. Gdy nagle obrócił kamień, blaski zamigotały z nową siłą i zdawały się przeszywać jego serce.

Człowiek często postanawia coś w jednej chwili, bez świadomego namysłu, bez udziału władz umysłowych. Tak stało się z panem Rollesem. Obejrzał się śpiesznie dokoła, jak i Mr. Racbum przed nim, nie dostrzegł nic, prócz zalanego słońcem ogrodu, smukłych wierzchołków drzew i domu z zapuszczonymi żaluzjami. W mgnieniu oka zamknął pudełeczko, włożył je do kieszeni i z uczuciem winowajcy pośpieszył do swej pracowni.

Wielebny Simon Rolles ukradł Diament Radży.

Po południu nadeszła policja z Harrym Hartley’em. Przerażony ogrodnik natychmiast wskazał swój skarb. Klejnoty zostały poznane i spisane w obecności sekretarza. Mr. Rolles zaś zachował się nader uprzejmie, z zupełną swobodą opowiedział wszystko, co mu było wiadome, i wyraził ubolewanie, że niczym więcej nie może dopomóc urzędnikom w wykonaniu ich obowiązku.

— Przypuszczam — dodał — że panowie już są u celu.

— Bynajmniej — odparł urzędnik ze Scotland Yardu i opowiedział o drugim rabunku, którego ofiarą stał się Harry, opisując zaginione klejnoty, w szczególności zaś Diament Radży.