— Ten diament to cały majątek — zauważył Mr. Rolles.
— Nie jeden: dwadzieścia majątków — zawołał urzędnik.
— Im więcej jest wart — chytrze zauważył Simon — tym trudniej go sprzedać. Nie można przecież zmienić wyglądu takiej rzeczy i równie łatwo jest wystawić na sprzedaż katedrę św. Pawła.
— O tak — rzekł urzędnik — ale jeśli złodziej jest sprytny, rozetnie go na trzy lub cztery części i to wystarczy, aby zrobić z niego bogacza.
— Dziękuję — rzekł duchowny — objaśnienia pańskie zaciekawiły mnie w najwyższym stopniu.
Na to urzędnik oświadczył, że w zawodzie swym poznał wiele ciekawych rzeczy, po czym pożegnał się.
Mr. Rolles wrócił do swego pokoju. Wydał mu się mniejszy i bardziej pusty niż zwykle. Materiały do jego wielkiego dzieła przestały go całkiem interesować i z pogardą spozierał na swą bibliotekę. Wziął jeden po drugim kilka tomów pism Ojców Kościoła, ale nie znalazł tam tego, czego szukał.
— Ci starzy dżentelmeni — pomyślał — są niewątpliwie pisarzami wartościowymi, ale najwidoczniej wcale nie znali życia. Oto ja, posiadając dość wiedzy, aby zostać biskupem, nie mam pojęcia, jak postąpić ze skradzionym diamentem. Zwyczajny policjant daje mi wskazówkę, a ja ze wszystkimi mymi tomami nie wiem, jak z niej korzystać. To przekonuje mnie, że wiedza uniwersytecka mało jest warta.
Kopnąwszy półkę z książami, nałożył kapelusz i poszedł do klubu, którego był członkiem. W miejscu tym, gdzie zbierali się ludzie z wyższych sfer towarzyskich, spodziewał się znaleźć człowieka doświadczonego, który by mógł mu udzielić dobrej rady. W czytelni zobaczył kilku pastorów z prowincji i archidiakona. Było tam trzech dziennikarzy i autor piszący o metafizyce; grali oni w bilard; przy obiedzie zaś siedzieli tylko pośledniejsi bywalcy klubu, o powierzchowności pospolitej i nieciekawej. Żaden z nich — myślał mr. Rolles — nie będzie się znał więcej od niego na takich niebezpiecznych rzeczach, żaden z nich nie potrafi dać mu wskazówki w jego obecnych kłopotach. Wreszcie, po kilku nudnych rozmowach, zetknął się w palarni z człowiekiem o szlachetnej, imponującej postawie, ubranym z wyszukaną prostotą. Palił cygaro i czytał „Fortnightly Review”; na twarzy jego nie było najmniejszego śladu troski lub zmęczenia; było w nim coś, co skłaniało do otwartości i żądało uległości. Im dłużej młody pastor mu się przyglądał, tym bardziej przekonywał się, że trafił na osobę mogącą mu udzielić dobrej rady.
— Sir — powiedział — proszę mi wybaczyć mą natarczywość, ale, sądząc z powierzchowności, jest pan człowiekiem z wyższego towarzystwa.