— Był naprawdę wielkim człowiekiem — przeżuwał myśli Mr. Rolles — znał świat, jak ja znam Ewidencje Paleya. Nie było przedsięwzięcia, którego by nie doprowadził do skutku własną ręką, pomimo największych przeszkód. Nieba! — wybuchnął nagle — czyż to nauka nie dla mnie? Czy nie powinienem sam nauczyć się krajać diamenty?
Zdawało mu się, że wybrnął wreszcie z ambarasu. Przypomniał sobie, że zna jubilera w Edynburgu, niejakiego B. Macculloch, który z przyjemnością nauczyłby go krajać kamienie. Kilka miesięcy, może kilka lat brudnego rzemiosła, a nauczy się, jak ma podzielić i zużytkować Diament Radży. Potem powróci do swych studiów jako bogaty uczony żyjący zbytkownie, otoczony powszechnym szacunkiem i zazdrością. We śnie snuły się przed nim wizje złociste i obudził się rano orzeźwiony, z lekkim sercem.
Dom Racburna miał być tego dnia zamknięty przez policję i było to dostatecznym pretekstem do odjazdu dla pastora. Wesoło spakował rzeczy, przeniósł je do King’s Cross, gdzie zostawił je w szatni, i wrócił do klubu, aby przeczekać popołudnie i zjeść obiad.
— Jeżeli dziś obiadujesz tu, Rolles — powiedział do niego jeden ze znajomych — możesz zobaczyć dwóch ludzi, najgodniejszych uwagi w całej Anglii: księcia Floryzela Czeskiego i starego Jacka Vandeleur.
— Słyszałem o księciu — odparł Mr. Rolles — a generała Vandeleur spotykałem nawet w towarzystwie.
— Generał Vandeleur to osioł — odparł tamten — mowa tu o jego bracie Jacku, największym awanturniku, najlepszym znawcy drogich kamieni i najchytrzejszym dyplomacie w całej Europie. Czy nie słyszałeś nigdy o jego pojedynku z księciem de Val d’Orge? O jego czynach bohaterskich i okrucieństwach, gdy był dyktatorem Paragwaju? O jego zręczności, z jaką odzyskał klejnoty sir Samuela Levi? Albo też o usługach oddanych przez niego podczas powstania w Indiach, usługach, z których rząd skorzystał, lecz których nie chciał głośno uznać? Zatraca się tu różnica między dobrą sławą a hańbą, bo Jack Vandeleur ma równe prawa do jednej i do drugiej. Pobiegnij — mówił dalej — zajmij stół obok nich i nadstaw uszu. Usłyszysz rzeczy dziwne, bądź pewien.
— Ale jakże ich poznam? — zapytał pastor.
— Jak ich poznać? — zawołał przyjaciel — jak to, książę jest najpiękniejszym dżentelmenem w Europie, jest to jedyny z ludzi żyjących, który ma wygląd króla. Co zaś do Jacka Vandeleur, to wyobraź sobie Ulissesa w wieku lat siedemdziesięciu, z blizną od szabli na twarzy: to on! Już ich poznasz. Można spotkać tutaj co dzień obu, z wyjątkiem dnia derby!
Rolles pośpieszył do jadalni. Przyjaciel jego miał słuszność: osób tych trudno było nie poznać. Stary Jack Vandeleur był potężnej budowy ciała i widocznie zahartowany na największe trudy. Nie wyglądał ani na wojskowego, ani na marynarza, ani na jeźdźca przyzwyczajonego do siodła; ale była w nim mieszanina tego wszystkiego, wynikająca z różnorodności jego uzdolnień i przyzwyczajeń. Miał orle, zuchwałe rysy twarzy o wyrazie aroganckim i drapieżnym. Robił wrażenie prędkiego, gwałtownego człowieka czynu, pozbawionego wszelkich skrupułów. Bujny, biały włos, głębokie cięcie od szabli przez nos i skroń dodawały dzikości głowie, która już sama przez się była wybitna i groźna.
W towarzyszu jego, księciu czeskim, Mr. Rolles poznał ze zdumieniem pana, który radził mu czytać Gaboriau. Zapewne książę, który rzadko odwiedzał klub, będąc członkiem honorowym zarówno tego, jak i wielu innych klubów, czekał na Jacka Vandeleur, kiedy Simon zaczepił go poprzedniego wieczora.